Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

35. Zacznijmy od nowa (Begin Again) 2013

reż. John Carney

Kiedyś słynny, dziś zwolniony producent muzyczny Dan słyszy w nowojorskim pubie początkującą wokalistkę Gretę i pragnie z nią współpracować.


Kolejny film z polecenia; tym razem nie od mojej mamy ale od przyjaciela. Moim zdaniem ludzi można poznać w dużej mierze po tym jakie filmy polecają. I w tym przypadku także tak było :)

Anyway.
Nie trawię Keiry Knightley. Naprawdę nie mogę znieść tej kobiety - ani jej mimiki, wyglądu, gestykulacji, jak i gry aktorskiej szerzej pojętej. Nie pamiętam, żeby podobała mi się w jakimś filmie. I tu nie było inaczej, aczkolwiek:
1. nie przeszkadzała mi aż tak bardzo jak zwykle
2. umie dziewucha śpiewać!

Przechodzimy do ogromnego plusa filmu - jest to film muzyczny. Nie musical; do musicali trzeba mieć specjalne miejsce w sercu, które potrafi je po pierwsze znosić, po drugie doceniać, po trzecie pokochać. Filmy muzyczne są natomiast, z reguły, po prostu życiowe. Bez latających samochodów ani całego Central Parku tańczącego ni stąd ni zowąd jeden układ. To trochę lepsze i głębsze wykorzystanie działania muzyki na to co dzieje się na ekranie; taka rozszerzona ścieżka dźwiękowa, która staje się bohaterem filmu; a że muzyka w naszym życiu na co dzień również jest czymś mega ważnym - filmy muzyczne są jego esencją.

Sam pomysł powiedziałabym szału nie ma, nie jest to scenariusz przełomowy, staniki nie latają itp ;) Ale połączenie tej muzyki ze świetnymi zdjęciami Nowego Jorku już wystarczy. Mi wystarczy :)

34. Para na życie (Away We Go) 2009

reż. Sam Mendes

Burt i Verona to szczęśliwa para. Pewnego dnia postanawiają zmienić coś w swoim życiu i wyruszają w poszukiwanie lepszego dla nich miejsca.




Takich filmów mi trzeba!!! Łaknę ich! Filmów prawdziwych, emocjonalnych ale nie przygnębiających. 
"Away We Go" to film o prawdziwej miłości. I mówiąc "prawdziwej" nie mam na myśli czegoś epickiego jak w "Pamiętniku", ale prawdziwej, takiej jaką widzimy w sobie, w naszych rodzicach czy naszych przyjaciołach.
Właśnie to pokazuje ten film i robi to zgrabnie, w zabawny i wzruszający sposób przedstawiając wspólną drogę dwojga kochających się ludzi.

Bardzo zdziwiło mnie nazwisko reżysera. Mam wrażenie, że Mendes potrafi zrobić dosłownie wszystko. W każdym gatunku. Od "Drogi do zatracenia" przez "American Beauty". I wszystko to zrobi świetnie.
Aż mnie od tego geniuszu boli głowa.

Maya i John sprawdzają się w duecie znakomicie. Ich bohaterowie żyją i potrafią to robić :)

W "Away We Go" nasi bohaterowie po drodze w poszukiwaniu szczęścia spotykają cały szereg osobowości. Na ich drodze stają różni ludzie; różne pary - tak bardzo różne od nich samych. Razem szczęśliwe, ale nie pasujące do nich. Szukają więc dalej. Co znajdą?

Zobaczcie sami.
Koniecznie.


33. Papierowe miasta (Paper Towns) 2015

reż. Jake Schreier

Szkolny przeciętniak Quentin i popularna Margo to sąsiedzi i przyjaciele z dzieciństwa. Pewnego dnia Margo znika... czy bez śladu?


Gdy gdzieś na początku lata zobaczyłam, że premiera "Paper Towns" jest 31 lipca aż zapiszczałam z radości.
Moje urodziny.
Taki prezent.
Ekranizacja jednej z moich najulubieńszych książek.

Film otrzymał sporo krytyki - i nie mówię o poważnych recenzjach (te już dawno przestałam czytać w trosce o własne zdrowie psychiczne) tylko o moich znajomych. Ja jednak podeszłam do tego z dużą rezerwą, bo, dla mnie, ta książka jest po prostu nie do przeniesienia na duży ekran.

Z głębokich myśli, tajemniczości  i morału o ludziach wolnych duchem został zwykły film młodzieżowy z dobrą muzyką i elementami filmu drogi.

"Paper Towns" to niezwykła historia zasługująca na wiele uwagi. Sięgnijcie po książkę a film potraktujcie jak luźny tribute ;)

Nie pozwoliłabym zniszczyć sobie urodzin :D

27. Pokusa (The Paperboy) 2012

reż. Lee Daniels

Dziennikarz Ward James po latach wraca do rodzinnego miasta aby przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa. Wraz z bratem Jackiem i Charlotte - kobietą korespondującą z podejrzanym stara się poznać sprawę bliżej.



Okej, film zdecydowanie niedoceniony, patrząc na oceny i recenzje zamieszczane w sieci.
Thriller trzyma w napięciu od samego początku do ostatniej klatki. Gorący klimat Florydy został sfilmowany w taki sposób, że oglądając czujemy na sobie ten żar i lepki pot. Do tego dawka obrzydliwego erotyzmu, który bynajmniej nie ma nas zainteresować w zdrowy sposób; raczej pokazuje zwierzęcą naturę Hillary'ego, w którego wcielił się John Cusack (don't jugde me).
Nicole nie zaskakuje, ale głównie dlatego, że wiemy jak jest zdolna i taka kreacja po prostu nie mogła jej nie wyjść. 
Natomiast jeśli ktoś jeszcze nie wierzył w talent Zaca Efrona to jest to pozycja obowiązkowa. Mam nadzieję, że koniec końców pozbędzie się łatki disneyowskiej, a taką pracą jak w "The Paperboy" powinien to zdziałać bardzo szybko (cała masa ludzi nadal się z niego śmieje i nie wiem czy oni w ogóle próbują obejrzeć coś więcej niż HSM. Z resztą HSM był całkiem dobrym filmem). 
Jestem również przekonana, że Matthew McConaughey jest stworzony do właśnie takich ról (co ostatecznie wszystkim udowodnił w "Dallas Buyers Club") a nie do ról amanta. Bo choć jest przystojny na zabój szkoda marnować taki talent na papkę serwowaną na maratonach dla kobiet itp.
Ogólnie film jest brutalny. Taki prawdziwie brutalny; choć bardzo dużo przemocy tam nie znajdziemy (ale gdy jest to się nie cackają), to pozostawia w nas dziwne uczucie odrazy wobec człowieka i tego co jest w stanie zrobić. Pozycja obowiązkowa, ale tylko dla wytrzymałych.

26. Facet z ogłoszenia (Must Love Dogs) 2005

reż. Gary David Goldberg

Sarah to świeżo rozwiedziona atrakcyjna kobieta. Jej rodzina koniecznie chce jej kogoś znaleźć. Trochę dla świętego spokoju a trochę z ciekawości Sarah zakłada profil na portalu randkowym.


Jaki mam stosunek do komedii romantycznych - sami wiecie, więc mam nadzieję, że już możemy milczeniem pominąć kwestię mojego braku większej krytyki...

No dobra, wiem, wiem jeszcze John Cusack na dokładkę.

Generalnie gołym okiem film dla mnie. I się nie pomyliłam. Bardzo przyjemny film, naprawdę zabawny (już ustaliliśmy, że to ważna składowa). Cusack no oczywiście najcudowniejszy, choć już niemłody - młody jednak na zawsze u mnie na pierwszym miejscu.
Pomysł niezbyt oryginalny, ale realizacja owszem bardzo w porządku. Ucieszyło mnie nie wyciąganie na światło dzienne byłych małżonków naszych bohaterów - a spodziewałam się, że wątek miłosny będzie oparty właśnie na nich. 

Na dokładkę ciekawie budowana relacja bohaterów; to, że dorośli ludzie podchodzą do takich rzeczy raczej sceptycznie a nie rzucają się od razu sobie na szyję. 
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. A jednak.


PS. Mam dużą obsuwę w recenzjach, trochę nie mam weny a jednocześnie chcę nadrobić, bo jestem jakieś 2-3 miesiące w plecy. Dlatego ostatnio tak krótko. Wybaczcie ;)

25. Gdzie serce twoje (Where the heart is) 2000

 reż. Matt Williams

Młoda, ciężarna dziewczyna zostaje porzucona przez chłopaka na parkingu przed Walmartem. Nie mając zupełnie nic zaczyna układać sobie życie.



Nie mogę wyjść z podziwu, że można zrobić tak mądry, ciepły film na tak absurdalnym zawiązaniu akcji jak zamieszkiwanie w supermarkecie przez ciężarną dziewczynę z mocnym południowym akcentem.
Natalie Portman bardzo wiarygodnie buduje postać, która przez lata akcji dojrzewa, mądrzeje, nabiera doświadczeń.Wszystko w tym filmie skupia się właśnie na mądrości, którą nabieramy z wiekiem. Z drugiej strony słychać głos - ludzie się nie zmieniają; ale to też poniekąd oznaka zdobytych doświadczeń, które nauczyły nas by nie ufać za bardzo. Jestem przekonana, że o tym właśnie jest ten film.

Piękny, prawdziwy, miejscami przesłodzony, by zaraz potem nam dokopać. Jak to życie.

20. Miłość na zamówienie (Failure to Launch) 2006

reż. Tom Dey

Tripp to trzydziestopięcioletni kawaler wciąż mieszkający z rodzicami. Ci, chcąc się wreszcie pozbyć syna z domu, wynajmują Paulę, by rozkochując w sobie Trippa przekonała go do wyprowadzki.


Serio, jak widzę "tłumaczenia" tych tytułów to mam ochotę czymś w kogoś rzucić...
Ale do rzeczy.
Gdy oglądam komedie romantyczne wyłącza mi się gdzieś tam w głowie krytyka filmowa i daję się pochłonąć. Może to swojego rodzaju obojętność spowodowana tym jak te filmy są do siebie podobne i przewidywalne. Ale je lubię. Bardzo. Pewnie właśnie dlatego, że przymykając oczy na te wszystkie scenariuszowe kontuzje, które nas w rom kom zalewają, po prostu dobrze się bawię.
"Failure to Launch" jest jedną z tych przeciętniejszych komedii romantycznych. Przede wszystkim nie lubię Parker i nie rozumiem jej fenomenu (ani fenomenu "Seksu w wielkim mieście" skoro już o tej pani mowa). Pomijając jej urodę, bo porównywanie Sarah do konia zrobiło się nudne (o ile w ogóle było kiedyś śmieszne), to po prostu żadna z niej aktorka. Bardziej nadawałaby się do prowadzenia jakiegoś talk show lub telewizji śniadaniowej. 
Tak więc Parker sprawiła, że w ogóle nie kibicowałam naszym bohaterom. Ich związek, lub jego brak, były mi zupełnie obojętne. Bardziej zainteresował mnie wątek Kit i Ace'a. Zooey Deschanel wykreowała trochę inną postać niż zwykle (czytaj: trochę inną postać niż siebie samą :D) i może dlatego zaintrygowała mnie jeszcze bardziej.
Nad Matthew McConaughey nie ma już co się rozwodzić. Parę lat później bowiem rozpędził się, uwolnił od ról amanta w komediach romantycznych i rozwinął skrzydła, a tym samym, swoim wielkim talentem powalił nas na kolana. Wybaczam mu więc te lata grania wszystkiego na jedno kopyto.

Pomysł na scenariusz jakiś był i został nawet fajnie wykorzystany. Może trochę nieświadomie, ale to, że 35-latek mieszkający z rodzicami to takie ciacho, a nie grubas siedzący przed PlayStation, uwiarygodniło ten film. Samotni nieudacznicy bywają przystojni; istnieją piękne kobiety, które są starymi pannami!
Koniec końców pochłonęłam jak każdą rom kom. Przeciętną ale zawsze.

19. Lakier do włosów (Hairspray) 2007

reż. Adam Shankman

Lata 60. XX wieku. Przyjaciółki Tracy i Penny są fankami programu Corny Collins Show, w którym młodzi ludzie mają szansę zaprezentować swoje umiejętności taneczne. Tracy postanawia zgłosić się na casting.


Nie rozumiem czepialstwa wobec tego filmu. Nie widziałam oryginału więc domyślam się tylko, że spora większość krytyki pochodzi od tych co ten oryginał widzieli. 
Wszystko fajnie, ale kaman, to jest nadal całkiem niezły, sympatyczny, zabawny i kolorowy musical.
Zdaję sobie sprawę, że remake'i powstają tylko po to by zbić gruby hajs (bo nie po to, by zrobić coś lepszego; inaczej nie kręcilibyśmy od początku czegoś co już kiedyś nie wyszło, bo skoro wtedy się nie sprzedało to po co ryzykować itd.). "Hairspray" z 2007 jest mimo wszystko wart uwagi, chociażby ze względu na świetną obsadę. 
Walken i Travolta tworzą duet, którego nigdy nie pozbędę się z głowy (nie żebym chciała).
Do Efrona mam słabość i tu znów mnie nie zawiódł (gdy był na niego szał byłam w wieku, w którym obciachem było go kochać, teraz mogę to robić bez żenady! :D). 

Cóż, zostaje mi postanowić sobie sięgnąć po film z lat 80. (w końcu tak je kocham!) i powiedzieć coś więcej gdy to uczynię :) Póki co wersję z 2007 roku polecam jako lekki popołudniowy seans.

15. Sekretne życie Waltera Mitty (The Secret Life of Walter Mitty) 2013

reż. Ben Stiller

Walter Mitty ciągle ucieka w świat wyobraźni. W większości przypadków prowadzi to do kłopotliwych sytuacji, bowiem Walter kompletnie odlatuje na minutę czy dwie. Gdy jego kariera jest zagrożona w związku z zaginioną kliszą Walter wyrusza w nieprawdopodobną podróż.


Co się dzieje w głowie przeciętnego szarego człowieka? Dzieje się tyle byśmy mogli śmiało powiedzieć, że nie ma przeciętnych, szarych ludzi na tym świecie. Walter reprezentuje bezpieczne życie, bez ryzyka, ale jednocześnie pragnienie by ryzykować i by życie nabrało barw. 
W Walterze coś pęka gdy to bezpieczeństwo ma mu zostać odebrane. I gdy decyduje się na naprawdę szalony krok, to jest szalony na maksa. Walter zmienia się diametralnie. Człowiek, który zaryzykował staje się ciekawszy, w ogóle s t a j e s i ę. Nasz bohater otrzymuje charakter, jest kimś. A wszystko co mu się przytrafia każe nam się nieustannie zastanawiać, czy on nadal przypadkiem nie śni na jawie?

Proszę was, jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to oglądając skupcie się na tym. Na przesłaniu o podejmowaniu ryzyka. O osiąganiu niemożliwego. Bo to piękny morał z historii człowieka, który większość życia bezpiecznie przewegetował. Nie skupiajcie się na zaginionej kliszy! Gdy jej los wyjdzie na pierwszy plan i zapomnimy o tym co dzieje się w głowie Waltera, i gdy uznamy to tylko za niegroźny absurd a zbagatelizujemy wyżej wspomniany morał to bardzo się zawiedziemy. Wątek kliszy, choć właściwie trzon całego filmu, bardzo rozczarowuje. Mnie osobiście nawet zdenerwował. Mam w głowie co najmniej pięć sposobów w jakich można było to rozegrać inaczej. Stiller nie skorzystał. I zepsuł budowane tak długo napięcie.

Jakie by było nasze życie bez marzeń? Pewnie bylibyśmy maszynami... Walter Mitty to przejaskrawiony przykład tego co jesteśmy w stanie zrobić gdy tylko zechcemy... i jak to nam wyjdzie na dobre.

Moja ocena na filmweb: 5/10

14. Pitch Perfect 2 2015

reż. Elizabeth Banks

Po tym jak Bellas zdobyły sławę i zaszczyty, do których zaprowadziła je ciężka praca (zobacz część pierwsza) popadły ze skrajności w skrajność. Ich występy to przerost formy nad treścią, który już powoli zaczyna nudzić publiczność. Aż dochodzi do niefortunnego wypadku, który przekreśla udział grupy w dalszych konkursach. Co zrobią Bellas by odzyskać dawną świetność?


Jestem fanką pierwszej części. Pitch Perfect to jeden z tych filmów, który można oglądać nieskończenie wiele razy, którego dialogi po którymś seansie recytuje się razem z bohaterami, a w końcu, którego teksty wchodzą do naszego osobistego codziennego słownika. 
Kocham takie filmy, bo dzięki nim mamy z innymi fanami kina swoje własne inside jokes, po których poznajemy: "jesteś mój człowiek".
Dwójeczka nie dorównuje oryginałowi - jak to bywa w większości przypadków - ale jest godnym sequelem. Nawet bardzo godnym. Poziom absurdu wzrósł o jakieś 150%, choć nie wydawało się to możliwe po seansie pierwszej części. Niestety obawiam się, że jeśli powstanie trójezka to może poziomem żartów zahaczać już o "Straszny film", ale miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie (do poziomu, nie do trójki; kolejny film z serii chętnie zobaczę).
Muzycznie nadal świetny. Aranżacje wpadają w ucho; chcę je "chłonąć" (to jeden z tych momentów w życiu, gdy w kinie aż mnie nosi, trochę jakbym unosiła się parę milimetrów nad fotelem; jakbym chciała wejść w ekran, żeby uczestniczyć w tym co się tam dzieje; jakbym chciała zatrzymać to najwspanialsze uczucie). W przepiękny sposób twórcy wykorzystali olbrzymią popularność "Cup song", która podbiła serca (i uszy. i ręce grające na kubkach).
Wątek nowego dziewczęcia trochę mnie irytował, zbyt cliché.
 Za mało Jessego! Stanowczo sprzeciwiam się takiemu zaniedbywaniu wątku miłosnego, na którym oparty był cały pierwszy film! No dobrze, wiem, że to pewnie celowe, że girl power itp. ale dawno w filmie tego typu nie było takiego faceta. Faceta jak John Cusack w "Say Anything" (notka o filmie wkrótce btw) czy jak Heath Ledger w "10 things I hate about you". Nie było, a oto jest i poświęcono mu tyle co nic. No szkoda...

Fanom spodoba się na bank. Nie-fanom niekoniecznie, ale chyba nie jest aż tak nieznośny :)
.
Moja ocena na filmweb: 7/10
 
 

12. Cudowne tu i teraz (The Spectacular Now) 2013

reż. James Ponsoldt

Sutter jest szkolnym imprezowiczem; niedawno zerwał z dziewczyną. Na ostatniej prostej swojej licealnej kariery zaczyna umawiać się z typową "dziewczyną z sąsiedztwa" - Aimee. Razem kroczą przez ostatni rok liceum wychodząc naprzeciw swoim pierwszym problemom dorosłego życia.



"The Spectacular Now" zdecydowanie różni się od wielu teen films. Nie jest jednoznaczny i zaskakuje na każdym kroku. Sutter jest jednocześnie protagonistą i antagonistą. Lubię go, ale jednocześnie nienawidzę. Jest samolubny, nie widzi miłości i ją ignoruje. Z postacią Aimee jest podobnie. Piękna, sympatyczna, zasługująca na odrobinę uwagi. Uzależniona od Suttera, pobłażliwa i momentami wręcz w tym głupia. Postacie z minuty na minutę są prawdziwsze - bo nie ją jednowymiarowe.

Jest tutaj to, czego w wielu filmach młodzieżowych brakuje. Czyli to, co się naprawdę przeżywa w tym wieku. Dokładnie takie emocje, takie problemy. Ma też inna dynamikę; bardziej refleksyjną, która skupia się na morale do którego dąży cała historia.
Czy aby na pewno docelowi odbiorcy to zauważą? Mam wrażenie, że do odkrycia niektórych z tych rzeczy trzeba dorosnąć. Ci, którzy dziś sięgną po film z powodu młodych, ładnych, modnych aktorów może wrócą do niego za 5 lat. Wtedy odkryją coś więcej i może docenią go bardziej. 
Może zobaczą, że istnieją na świecie ludzie, którzy bardzo chcieli im powiedzieć, że na miłość nie trzeba sobie zasłużyć.

Moja ocena na filmweb: 7/10

11. Szef (Chef) 2014

reż. Jon Favreau

Szef kuchni dobrej i lubianej restauracji zostaje obsmarowany przez znanego krytyka. Wściekły na całą sytuację, chcąc wysłać smakoszowi nieprzyjemną wiadomość na Twitterze, zupełnie niechcący wysyła publicznego tweeta. Po kilku kolejnych wpadkach odchodzi z restauracji i kupuje food truck by ruszyć w trasę... z meksykańskim jedzeniem.


Ciepła, naprawdę zabawna i sympatyczna komedia z duuuuużą ilością dobrego żarcia w tle. Może sam scenariusz nie opowiada najoryginalniejszej historii; film jest (umiarkowanie) przewidywalny i porusza typowe problemy. Problemy takie jak relacja ojciec - syn, w szczególności gdy ojca nie ma na co dzień. I gdy ojciec ma zajmującą pracę, która jest jednocześnie jego pasją. I jak takie problemy, oczywiście, rozwiązać. Muszę jednak przyznać, że jest to wątek przedstawiony ciekawie i z przyjemnym, sentymentalnym humorem (no, jak na tak powszechnie poruszany w filmach problem ;) ).
Dużym plusem i, chyba przede wszystkim zaskoczeniem jest Sofia Vergara. UWAGA! Ona potrafi grać coś innego niż pieprzniętą, stereotypową wrzeszczącą meksykankę! Szacun, naprawdę bardzo ładna i wiarygodna kreacja troskliwej matki.

Polecam jako kojący seans po długim dniu. Tylko koniecznie pamiętajcie o jedzeniu do seansu, bo nie wytrzymacie bez! ;)

Moja ocena na filmweb: 6/10

10. Dziś jestem blondynką (Heute bin ich blond) 2013

reż. Marc Rothemund

Sophie to młoda, radosna dziewczyna. Gdy dowiaduje się, że ma raka postanawia zrobić wszystko, by mimo choroby żyć pełnią życia i by ludzie nie patrzyli na nią ze współczuciem. Swoją wolność odkrywa ... w perukach.


Chyba muszę częściej sięgać po niemieckie produkcje. "Biegnij Lola, biegnij" jest w końcu w czołówce listy moich ulubionych filmów, a "Dziś jestem blondynką" było dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem.
Film jest bez wątpienia dramatem - niech was nie zmylą niektóre portale filmowe, które w chory sposób kategoryzują ten film pod "komedię". Owszem, jest to produkcja pełna trochę rzewnego ale pozytywnego przesłania, jakiego oczekiwalibyśmy od filmu o młodej chorującej osobie. Komedia to zbyt duże słowo.
"Dziś jestem blondynką" po raz kolejny przybliża nam temat niesprawiedliwości, na którą człowiek nic nie może poradzić. Jak inaczej to pokazać tak wyraźnie, jeśli nie przez historię dwudziestoparolatki z nowotworem?
Nasza bohaterka, oczywiście, dzielnie walczy. Nie tylko z chorobą. Walczy z samą sobą i z reakcją otoczenia na jej wygląd i słabość.
W perukach może być zupełnie inną osobą. Każda kolejna wersja Sophie zmienia nie tylko kolor włosów, ale również imię i charakter. Wszystkie są chore, ale dopiero razem udaje im się utrzymywać Sophie przy życiu. 
Podobnie jak w popularnym "Gwiazd naszych wina" twórcy mówią nam, byśmy traktowali chorych jak ludzi, którymi są, a nie już półżywe istoty, nad którymi trzeba płakać. 

Po raz któryś podano nam oklepany temat młodej śmierci. Można się irytować. Ale można się czegoś nauczyć, albo chociaż przypomnieć sobie po raz kolejny, że można się cieszyć codzienną drobnostką. Niby to mdłe, ale myślę, że potrzebne.

9. Thor: Mroczny Świat (Thor: The Dark World) 2013

reż. Alan Taylor

Starożytna rasa z Malekthitem na czele chce unicestwić świat. Thor musi go uratować... bo to Thor.


Marvel oh ten Marvel...
Przyznaję się bez bicia - musiałam zajrzeć na filmweb żeby sobie przypomnieć o czym był ten film. Przykro mi - Marvel to Marvel. Nie oglądam go dla fabuły. Komiksów nie czytam w ogóle ("to jak się możesz wypowiadać?!?! blablabla"), więc tym bardziej mam prawo nie pamiętać o co chodzi.
Marvel jest na odmóżdżenie.
Chyba najlepszym tego dowodem jest to, że sam siebie nie traktuje poważnie.

Kocham Thora, choć w mojej klasyfikacji superbohaterów nie jest nawet na podium. Trochę zbyt kwadratowy. No i jeśli jesteś bogiem to trochę wygrywasz samym tym, że nie musisz się starać jak zwykli śmiertelnicy (tak tak, Batman i Iron Man zawsze na propsie).
Tak jak mówię, niewiele o samym filmie mogę powiedzieć. Do pierwszego Thora raczej nie dorasta (bo z tamtego coś pamiętam), ale spełnia wszystkie kryteria, jakich wymagam od Marvela. Są efekty, jest humor i jest amerykańsko-superprodukcyjny absurd (bez tego ani rusz).

No i jest Loki. Cud miód orzeszki.



8. Bóg nie umarł (God's not dead) 2014

reż. Harold Cronk

Profesor filozofii podczas pierwszych zajęć prosi studentów o nietypową rzecz - by napisali na kartkach słowa "GOD'S DEAD" ("Bóg umarł"), podpisali się i oddali mu kartki. Na tej podstawie obiecuje zaliczyć studentom przedmiot.
Jest jednak ktoś, kto się sprzeciwia i gotów jest udowodnić, że robi to słusznie.


(Jest to tak naiwne, że spoiler alert wydaje się zbędny, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam ;))

Film, w porównaniu do innych filmów chrześcijańskich (a widziałam ich trochę; jestem dumną katoliczką) jest naprawdę wart uwagi. Nie brak tutaj oczywiście przejaskrawień, szczególnie w charakterystyce postaci i niestety rażącej i zupełnie niepotrzebnej patetyczności. Niektóre sceny czy wątki są tak cliché, że bolało mnie to niemalże fizycznie (kujon-azjata? seriously?...). 
Białe jest białe (John, czyli nasz główny bohater trochę się miota, ale chrześcijanin z niego koniec końców na sześć z plusem), jest też białe, które jednak jest czarne (dziewczyna Johna zdecydowanie nie wzięła sobie do serca słów z Apokalipsy św. Jana by nie być letnim) oraz - co jest moim zdaniem najgorszym błędem twórców - czarne, które jest czarne z jakiegoś powodu.
I przy tym na chwilę się zatrzymam. To czego nam brakuje w kinie chrześcijańskim to postać, która byłaby przeciwko Bogu i/lub religii tak po prostu; dlatego, że taki ma światopogląd. I już. Postać, którą spotykamy na codzień, co krok. Zdaję sobie sprawę z wielu zranień jakie wszyscy w sobie nosimy. Nie widzę jednak potrzeby by każdego, tak jak rzeczonego profesora, usprawiedliwiać na ekranie. Jednym z moich ulubionych cytatów dotyczących sztuki filmowej jest "When everything is answered it's fake" - "Gdy wszystko jest wyjaśnione, jest sztuczne" (Sean Penn). Niestety w "God's not dead" ten cytat bardzo się sprawdza. A my, chrześcijanie, potrzebujemy filmu, który nie tylko posłuży nam na własne rekolekcje, ale który będziemy mogli pokazać innym i może nim zewangelizować.

Koniec końców, mimo wszystko, jest to naprawdę jedna z lepszych produkcji tego typu. W tej kwestii, póki co, możemy liczyć wyłącznie na amerykanów (chociaż Ewangelizacyjne Forum Młodych szykuje własną produkcję chrześcijańską z okazji Światowych Dni Młodzieży 2016). Mam nadzieję, że ten film to krok w stronę coraz liczniejszych i mniej sztucznych filmów ewangelizacyjnych.

Jako przyszły tłumacz nie mogę się nie przyczepić do tytułu... Bóg umarł. Ale nie jest martwy. 
To cała filozofia.

7. Wolny Strzelec (Nightcrawler) 2014

reż. Dan Gilroy

Lou Bloom za wszelką cenę chce znaleźć pracę. Któregoś dnia przejeżdżając obok miejsca wypadku wpada na pomysł by amatorsko filmować wydarzenia i sprzedawać te materiały lokalnej telewizji.


Jest... dziwnie. Jako widz od razu czuję niepokój i nieufność wobec głównego bohatera. Z minuty na minutę jestem coraz bardziej przekonana o jego niepoczytalności.
Wszystko, cała akcja skupia się na nim i jego obsesji, choć trudno ją nazwać.
Obsesja pieniądza?
Czy sensacji?
Czy może najbardziej mu zależy na sławie i uznaniu?

A ja myślę, że on po prostu był walnięty.
Tyle.

6. Teoria wszystkiego (The Theory of Everything) 2014

reż. James Marsh

Stephen Hawking studiuje fizykę. Jest zdolny i ambitny. Na studenckiej imprezie poznaje Jane. Niedługo potem usłyszy diagnozę, która zmieni jego życie, ale nie przekreśli szans na to by było szczęśliwe.


Jeśli ktoś z Was spodziewa się tajemnicy sukcesu Hawkinga to radzę zejść na ziemię. "Teoria wszystkiego" to kolejny biograficzny obraz, który woli pokazać życie prywatne wielkich postaci naszych czasów niż skupić się na tym czemu są uznawane za wielkie. Muszę przyznać, że tutaj wyszło to mimo wszystko całkiem nieźle. Przede wszystkim samo to, że Stephen Hawking nadal żyje, jest na tyle fascynujące, że warto sięgnąć po każdy film o nim (przeciętna długość życia osób ze stwardnieniem zanikowym bocznym po diagnozie to 5 lat; Hawking żyje już z chorobą 40!).
Wątek miłosny, który dominuje film (książka, na której podstawie powstał została napisana przez Jane) chwycił mnie za serce. Szczery, nie przesłodzony. Dosyć przewidywalny, ale pobudki i emocje bohaterów są sensowne i prawdziwe.

Nie trzeba być specjalnie zaprawionym w bojach, by przewidzieć jaki i o czym to film, od początku do końca. Ale jest coś w tego typu ekranizacjach co każe nam ciągle kręcić takich więcej i więcej. Może właśnie to, że są o ludziach z krwi i kości?

5. Przekręt (Snatch.) 2000

reż. Guy Ritchie

"Przekręt" to kilka gangsterskich wątków, które powiązane są ze sobą mniej lub bardziej luźno historią kradzieży cennego diamentu.


Długo, bardzo długo się zastanawiałam czy w ogóle o tym filmie pisać. Czemu? Cóż po pierwsze po prostu mnie nie porwał. Po drugie zdaję sobie sprawę, że porwał wieeeeelu wielbicieli kina i próbowałam, bezskutecznie, zrozumieć dlaczego. Po trzecie bałam się (dobra, nadal się boję), że Ci, których porwał uznają, że co ze mnie za kinomaniak, skoro nie umiem docenić tego dzieła. Ano nie umiem.
Słuchajcie, mam po prostu wielki problem z tym filmem.
Lubię, naprawdę przepadam za dobrym kinem gangsterskim. Nie mam problemu z rozlewem krwi na ekranie, pasuje mi humor komedii kryminalnych. Obsada też tutaj bez zarzutu.
Nie wiem czemu "Przekręt" jest dla mnie po prostu przeciętny.

Na pewno wiem, że każdy ten film powinien zobaczyć i sam ocenić. Filmy uważane za kultowe po prostu trzeba obejrzeć. Bo skoro "Przekręt" przyciąga takie tłumy wielbicieli, to na pewno coś w nim jest! Szkoda, że mi się to coś nie objawiło.


4. Birdman 2014

reż. Alejandro González Iñárritu

W latach 90. gwiazda serii filmów o superbohaterze, Riggan Thompson, dziś ma szansę przypomnieć się ludziom reżyserując na Broadwayu. Zmaga się sam ze sobą i zrobi wszystko, żeby jego sztuka była niezapomniana.


Tu za bardzo nie chodzi o samą historię. Ktoś bardzo pięknie w jakiejś internetowej recenzji napisał, że pod względem realizacji "Birdman" to majstersztyk. Praca kamery i muzyka zrobiły na mnie ogromne wrażenie. W scenach plenerowych wręcz czułam to przyjemne miejskie, wieczorne, ciepłe powietrze. Perkusja (jedyna muzyka w filmie) sprawiła, że miałam wrażenie jakbym naprawdę była w teatrze.
Przy okazji można zapoznać się z teatralnym zapleczem; chciałabym, żeby było tego ciut więcej.
Mogłabym o tym filmie wiele powiedzieć, ale w sumie mówiłabym w samych superlatywach, Po prostu to jedno z tych dzieł, które robią takie wizualne wrażenie, że mało kogo obchodzi fabuła. I nie chodzi tu o jakieś efekty czy widowiskowe wyczyny na ekranie ale o umiejętność przekazania emocji obrazem.

Ps. Obsada bezbłędna. Edward Norton all the awards :)

3. Stażyści (The Internship) 2013

reż. Shawn Levy

Billy i Nick to przyjaciele i zawodowi sprzedawcy. Szkoda tylko, że właśnie zbankrutowała firma, dla której pracują. Zostając po czterdziestce bez pracy i wykształcenia, lekko naginając prawdę o sobie zgłaszają się na staż... do Google!


Kto by po tym filmie nie chciał pracować dla Google? Firma marzenie. Product placement na pięć z plusem, tylko nie rozumiem po co, bo kto jak kto ale oni reklamy raczej nie potrzebują ;) 

Komedia faktycznie śmieszna (a o to, jak wiemy jest w dzisiejszych czasach niełatwo). Przewidywalna do bólu (ale to już nikogo nie dziwi). 
Naiwny i mało realny scenariusz (ale to tym bardziej nie jest niespodzianka). 
Postacie najbardziej stereotypowe jak się dało (daremnie czekam na to, by Azjata nie oznaczał automatycznie prymusa).

Te wszystkie cechy urozmaica mnóstwo odniesień do obecnej w naszej codzienności technologii, aplikacji, urządzeń, portali społecznościowych... wszystkich tych rzeczy, które definiują rzeczywistość, która nas otacza. To jak bardzo mogłam odnieść się do swojego życia i to ile rozumiałam (a ile, dla porównania nie rozumieli nasi główni bohaterowie) otworzyło mi oczy na to co tak naprawdę składa się na światopogląd ludzi mojego pokolenia. I nie chodzi wyłącznie o technologie, ale także o kulturę (chociażby zawody w quidditcha). Z drugiej strony byłam dumna, że rozumiem odniesienia do "Flashdance" i przy okazji przypomniałam sobie jak absurdalny jest ten film (spawaczka? serio?...).

Na Owena Wilsona nie mogę patrzeć i to się nie zmieniło.

Nie oczekujcie zbyt wiele - ten film was nie zaskoczy. Ale idealny na tzw. odmóżdżenie.