65. Old Fashioned 2014

reż. Rik Swartzwelder

Amber na trasie swojej podróży bez celu, trafia do miasteczka, w którym postanawia zatrzymać się na dłużej. Clay, od którego dziewczyna wynajmuje mieszkanie, okazuje się miejscowym "dziwakiem".


Trochę za długo zbierałam się do napisania o tym filmie. W każdym razie lepiej późno niż wcale: za uprzejmością KondratMedia mogłam zobaczyć film przedpremierowo. Teraz możecie go obejrzeć w kinach studyjnych.

Sam pomysł był dobry choć obawiałam  się tego co często można spotkać w tego typu filmach: słabego aktorstwa i nieudolnej reżyserii. Koniec końców jestem pozytywnie zaskoczona. Jedyną postacią zagraną bardzo sztywno jest - stety i niestety - główny bohater, grany nomen omen przez samego reżysera. Rozmywa to się jednak, bo sama postać jest trochę sztywna sama w sobie. 
Wspaniała kreacja sidekicka - ciemnoskóry przyjaciel Claya jest postacią barwną i zabawną (przypominał mi trochę Winstona z "New Girl" :D).

Temat jest ciężki do przemycenia w dzisiejszym świecie. Bardzo podobało mi się, że argumentacja nie została oparta tylko na "Jezus Cię kocha" - nieważne ile w tym prawdy, osoby niewierzącej nie przekona do wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej. Zamiast tego jesteśmy świadkami jak, tak po prostu, kobieta przekonuje się o słuszności czekania, bo tego doświadcza i widzi że to dobre.

Poza kreacją Claya i cringeworthy zakończeniem (które da się jakoś przełknąć), to bardzo dobrze nakręcony, wciągający i mądry film. Polecam :)



64. Żółte cytrynki (Små citroner gula) 2013

reż. Teresa Fabik

Agnes rozstaje się z chłopakiem i nie może pogodzić się ze stratą. Wkrótce zostaje zaangażowana w powstanie restauracji i wkłada w nią duże pieniądze.


Zrozumiałam, że to nie jest tak, że ja nie lubię skandynawskich filmów. Po prostu nie lubię skandynawskich dramatów! Bo skandynawskie komedie są super! Dodając do tego moje zamiłowanie do rom-komów muszę przyznać, że "Żółte cytrynki" są kompletnie w moim guście.

Poza takim właśnie emocjonalnym przywiązaniem (bo ja się bardzo do filmów przywiązuję), znajdziemy tu wszystkie cliche błahostki jakie przewidzimy. Nawet nie wymienię, bo oglądając sami się wszystkiego domyślicie.

Ale ale. To nie tak że to tylko romansidło. Głównym tłem tej historii jest jedzenie. A wszyscy kochamy jedzenie! Gwarantuję wzrost apetytu przy seansie więc radzę sobie coś przygotować przed włączeniem filmu ;) 
Polecam. Mniam mniam.

63. Aż do piekła (Hell or High Water) 2016

reż. David Mackenzie

Dwóch braci, napady na bank, wymierzanie sprawiedliwości.


Western to ulubiony gatunek filmowy mojej mamy. Przy takich filmach jak Aż do piekła to całkiem zrozumiałe. 
Znajdziemy tu wszystko czego potrzebujemy w dobrym westernie (nie mylić ze spagetti-westernem ;)). Zemsta jest, ba, nawet bardzo sprytna. Zemsta jest oczywiście związana z rodziną. A więzy rodzinne w westernach wskazane. Jest szeryf, pewny siebie, i słusznie. Jest trochę humoru. Jest Indianin, choć niekonwencjonalny. Są kobiety, i to w knajpie. 

I jest krew.

I jest dobre kino. Powolny klimat, ciężkie pustynne powietrze. Dobre aktorstwo i niejednoznaczne postacie; ciekawy wątek i przejmujące wybory.

62. Fisher King 1991

reż. Terry Gilliam

Były spiker radiowy zostaje ofiarą huliganów, ale przychodzi mu z pomocą bezdomny wariat. Wkrótce okazuje się, że mają coś wspólnego.



Lata 80. i 90. mają to do siebie, że urodziły wiele przepięknych filmów zagranych przez fenomenalnych aktorów. Fisher King zdecydowanie należy do tego zacnego grona.

Jest bezpośrednio. Prawdziwie do szpiku kości. Tragedia, która jest punktem wyjściowym fabuły trafia dziś w czuły punkt, myślę, że dużo boleśniej niż te 25 lat temu. Nie chcę spoilerować, ale możecie się domyślić. 
Widzimy konsekwencje tej tragedii - psychiczne oraz mniej bezpośrednie, dotyczące osób trzecich. Możemy zatrzymać się i zastanowić czy kiedykolwiek myśleliśmy o mieszkającym na ulicy "marginesie społeczeństwa" jak o ludziach, którymi przecież są, i którzy najpewniej mieli kiedyś rodziny i życie - lepsze, "normalne" - i dach nad głową. I czy myślimy czasem co się wydarzyło, że tego już nie mają...

Z drugiej strony świetnie zagrana znieczulica. Taka najprawdziwsza. Ludzie nie są kompletnie bezduszni, ale tłumią współczucie, bo współczucie jest słabe i nie mają na nie czasu i energii. Ale gdy czasem znajdą w sobie trochę odwagi mogą zmienić czyjeś życie.

I wreszcie - siła słów. Każde nasze słowo może mieć ogromny wpływ na czyjeś życie. Fisher King daje widzowi tym faktem po łbie. Myślę, że Gilliam był świadomy tego, że tworzy film, który jest silny jak niektóre słowa.

61. Wybuchowa para (Knight and Day) 2010

reż. James Mangold


No proszę, skończyłam pisać o Loganie, przygotowuję kolejny post, a tu się okazuje że reżyser ten sam :) Trzeba mu przyznać że w ciągu tych siedmiu lat poprawił warsztat. 
Ale ta komedia sensacyjna o niewybaczalnym polskim tytule to całkiem niezła pozycja na luźny seans.

Po pierwsze rzadko toleruję zarówno Toma jak i Cameron (spytacie - czemu po to sięgnęłaś? Odpowiem - święta i lenistwo), ALE to był jeden z tych przypadków gdzie dali sobie radę. Nie jest to znowu jakiś bardzo wymagający film, więc te dwie, podobno ładne buzie wpisały się jak znalazł. No i Tom dużo biega, jak zawsze.

Akcja jest wartka, dużo scen pościgów i tym podobnych perełek absurdalnego kina sensacyjnego, w których problem - w tym przypadku jakaś zajebiście wyczesana bateria oraz jej potwornie stereotypowy twórca - jest drugorzędny. Zawsze bowiem chodzi o to by pooglądać fajne efekty i kilka gagów. Knight and Day spisuje się w tym przypadku na piątkę, ale nie wychyla się spoza sprawdzonych schematów.


60. Logan (Logan: Wolverine) 2017

reż. James Mangold



(troszkę mnie nie było, święta i inne takie, soraszki)

Kto jeszcze nie widział Logana ma jeszcze szansę zobaczyć w niektórych kinach. A jest to zdecydowanie pozycja warta obejrzenia na dużym ekranie. 
Przede wszystkim Logan jest inny niż inne filmy o mutantach. Utrzymany w trochę bardziej nstalgiczno-poważnej atmosferze i bardziej krwawy (podobno Hugh zrezygnował z części wynagrodzenia by można było podwyższyć próg wiekowy odbiorców). 

Mimo starszego odbiorcy nie brakuje wplecionych gagów i humoru. Podane w odpowiedniej dawce nie zagłuszają tragicznej historii. Bardzo mi się to spodobało.

Polecam również osobom, które nie przepadają za serią X-Men. Ale uwaga: leje się krew!