Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

70. Czarownica (Bewitched) 2005

reż. Nora Ephron

Isabel jest czarownicą, która mimo sceptycyzmu ojca pragnie porzucić czary i żyć jak zwykły śmiertelnik.


Słyszałam o tym filmie wcześniej, ale jakoś nigdy sama z siebie nie wybrałam go na seans. Nie wiem dlaczego. Obsada wyśmienita, temat lekki i przyjemny - czyli taki jak lubię (rom com freak). A jednak dopiero 13 (!) lat po premierze udało mi się film zobaczyć i przekonać się, że jest naprawdę wart uwagi. 

Rozwijając fabułę trochę dalej... Rzeczona Isabel od swojego czarodziejstwa daleko nie ucieka, bo zostaje upolowana do roli w remake'u kultowego sitcomu Bewitched. Nicole jest s t w o r z o n a do tej roli. Zawsze uważałam ją za piękną, ale tu to swoją urodą dosłownie mnie powaliła. Nie można się napatrzeć. No i faktycznie rusza tym noskiem identycznie!

Will jest oczywiście jednym z najlepszych komików i przyznam że i tym razem mnie nie zawiódł. Scena, w której pod wpływem rzuconego uroku staje się miłym człowiekiem to jeden z tych momentów z filmie, w którym nie można przestać się śmiać. Mówcie co chcecie, ale czasem zwykłe wygłupy na ekranie są najlepszą komedią :)

Ogólnie mocne 7/10. Na leniwy wieczór po pracy idealny wybór.

64. Żółte cytrynki (Små citroner gula) 2013

reż. Teresa Fabik

Agnes rozstaje się z chłopakiem i nie może pogodzić się ze stratą. Wkrótce zostaje zaangażowana w powstanie restauracji i wkłada w nią duże pieniądze.


Zrozumiałam, że to nie jest tak, że ja nie lubię skandynawskich filmów. Po prostu nie lubię skandynawskich dramatów! Bo skandynawskie komedie są super! Dodając do tego moje zamiłowanie do rom-komów muszę przyznać, że "Żółte cytrynki" są kompletnie w moim guście.

Poza takim właśnie emocjonalnym przywiązaniem (bo ja się bardzo do filmów przywiązuję), znajdziemy tu wszystkie cliche błahostki jakie przewidzimy. Nawet nie wymienię, bo oglądając sami się wszystkiego domyślicie.

Ale ale. To nie tak że to tylko romansidło. Głównym tłem tej historii jest jedzenie. A wszyscy kochamy jedzenie! Gwarantuję wzrost apetytu przy seansie więc radzę sobie coś przygotować przed włączeniem filmu ;) 
Polecam. Mniam mniam.

57. Absolutnie Fantastyczne: Film (Absolutely Fabulous: The Movie) 2016

reż. Mandie Fletcher

Patsy i Edina po 20 latach... nic się nie zmieniły.


 Mogłabym skomentować ten film jednym zdaniem: Ab fab sweetheart, darling.
Ale wiem, że nie wszyscy znają Patsy Stone i Edinę Monsoon i czuję się w obowiązku wytłumaczyć po krótce - o co tu chodzi????

Chodzi o to, że jeśli nie widzieliście oryginalnego serialu z lat 90., który jest obdarzony niemal kultem w UK nie macie prawa zrozumieć ani jednego dowcipu i albo wyłączycie film po 15 minutach albo będziecie bardzo zażenowani, że dotrwaliście do końca.
Serial opiera się na wyśmianiu targowiska próżności jakim jest show biznes i tego jacy ludzie są w niego zaangażowani. Twórcy (czyli głównie grająca Edinę Jennifer Saunders) przedstawiają temat na przykładzie głupiej i zadufanej w sobie Ediny, która wychowała swoją córkę-prymuskę Saffron w hipisowskiej komunie. Edina jest pijarowcem a jej najlepsza przyjaciółka - Patsy - pracuje w magazynie modowym i od 1976 roku odżywia się wyłącznie szampanem i papierosami. Obie uważają, że jedyne co liczy się w życiu to ubrania, meble, kontakty i alkohol. 
Absolutely Fabulous: The Movie to hołd złożony serialowi, który sprawił, że mój wujek spadł ze śmiechu z kanapy :) To typowy brytyjski humor, który trzeba kochać albo nienawidzić. Obejrzeć ten film bez kontekstu to jakby siedzieć przy stole przez 2 godziny z obcymi ludźmi, którzy opowiadają sobie hermetyczne żarty. 
Gdy dowiedziałam się że będzie pełnometrażowy "Ab Fab" nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie zawiodłam się na moich ulubionych dwóch starych wariatkach :)

Co polecam? Obejrzeć serial od początku do końca. To tylko 36 odcinków. A potem cieszyć się wersją pełnometrażową. 
Kochajmy brytyjskie komedie!

51. Ich noce (It Happened One Night) 1934

reż. Frank Capra

Córka milionera, Ellie, ucieka by w Nowym Jorku wyjść za mąż. W autobusie spotyka dziennikarza Petera Warne'a, który od początku podróży nie daje jej spokoju.


Myślę, że najlepszą recenzją dla filmu są fakty o nim. Jest to bowiem produkcja wielkich sukcesów. Pierwszy screwball comedy w historii. Pierwszy z trzech filmów, który otrzymał Oscarowego pokera (tzw. Wielki Szlem), czyli Oscary w 5 najważniejszych kategoriach: najlepszy film, reżyseria, scenariusz i aktorzy pierwszoplanowi (potem były to "Lot nad kukułczym gniazdem" i "Milczenie owiec"). Film, który przyniósł rozgłos i potęgę dla studia Columbia Pictures.

Już to powinno być wystarczającym powodem by sięgnąć po "Ich noce". 

Mnie zauroczył Clark Gable (duh) i talent Colbert, której nie widziałam jeszcze w żadnej produkcji. Oprócz typowego dla dekady (i kilku kolejnych...) aktorskiego przerysowania, które mimo wszystko dobrze się ogląda, dostrzegłam u niej coś więcej. 
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem humoru z jakim Capra połączył film z tytułem, ale co do tego już nie mogę więcej zdradzić ;) Zobaczcie sami. Jeśli jakiś film ma kogoś przekonać do przedwojennego kina, to ten!

(Lub "Czy Lucyna to dziewczyna" jeśli ktoś pragnie poszukać czegoś bliższego nam :) Bodo jest teraz modny a film z tego samego roku i w tym samym nurcie)

47. Dzinnik Bridget Jones 3 (Bidget Jones's Baby) 2016

reż. Sharon Maguire

Dwanaście lat po tym jak Jones i Darcy mieli żyć długo i szczęśliwie okazuje się, że Bridget jest sama i ciężarna, a na dodatek nie wie z kim.


...i jest to przezabawne.

"Bridget Jones's Baby" wbrew moim obawom przyszło z tym samym humorem i na tym samym poziomie (a, moim zdaniem, nawet dużo wyższym niż druga część przygód Bridget). 
Nawet przeżyłam Dempsya oraz botoks Zellweger!

Angielski humor to jedna z moich ulubionych rzeczy na całym świecie a drugą jest Mark Darcy (ten prawdziwy co prawda ale ten też jest niczego sobie), więc wobec najnowszej "Bridget" jestem rozbrojona. Prawdę mówiąc popłakałam się ze śmiechu nie raz.

Seria o Jones jest jedną z najsympatyczniejszych komedii naszych czasów, cóż powiedzieć więcej?

PS. Nie martwcie się, wiemy jak to wszystko się kończy ;)

45. Ryzykowny interes (Risky Business) 1983

reż. Paul Brickman

Joel właśnie kończy liceum i pragnie dostać się na wymarzone studia. Gdy jego rodzice wyjeżdżają na kilka dni, pakuje się jednak w niemałą farsę...




Typowy dla dekady surrealistyczny film młodzieżowy bez cenzury (patrz: Fast Times at Ridgemont High). Czyli parę słów o tym jak spłacić jedną prostytutkę.

Dosłownie. 
Właśnie o tym jest ten film.

Oraz o tym, że:

1. Młodzi mężczyźni kończący szkołę mają niepokojąco dużo pieniędzy z niewiadomych źródeł
2. Gdy kumpel zamawia Ci do domu dla beki transseksualistę bierz co dają, bo potem będzie gorzej
3. Drzwi należy zamykać na klucz a nie zatrzaskiwać
4. Środkowe drzwi w szkole zawsze są zamknięte
5. Ludzie z Princeton to nadal ludzie
6. Sąsiadom na snobistycznych osiedlach nie przeszkadza burdel prowadzony za płotem
7. Tom Cruise nigdy nie potrafił grać

Film tylko dla fanów gatunku...

44. Pewna sprawa (Sure Thing) 1985

reż. Rob Reiner

Gib to typowy licealny lowelas, który z bólem odkrywa, że w college'u, który wybrał dziewczyny nie lecą na jego bajer. Gdy na zajęciach z angielskiego spotyka Alison postanawia nie dać za wygraną.


Tak, dobrze widzicie... To John Cusack :D

 Już jakiś czas temu przyznałam, że mam obsesję na punkcie filmów młodzieżowych z tamtych lat. Ten jest zdecydowanie dla trochę starszej młodzieży, szczególnie, że jest w końcu amerykański, a amerykanie najchętniej ocenzurowaliby wszystkie filmy a swoim dzieciom do 16. roku życia puszczali jedynie Małą Syrenkę. W "Sure Thing" pojawiają się nie tylko śmiałe teksty, ale i kilka odkrytych części ciała, które zazwyczaj nosimy zakryte ;)

Film nie jest jednak w tym wszystkim żenujący (szczególnie dla osób uodpornionych na ten gatunek). Ba, pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest nawet mądry. Jak na ten gatunek :P

Bardzo spodobało mi się połączenie filmu drogi z teen flicks. Chyba jeszcze nie widziałam takiej kombinacji, sprawdziła się bardzo ciekawie, film ma przez to odpowiednią dynamikę i szczególnie wyraźny, spójny układ. Dzięki temu ogląda się go lekko. Nie ma nic gorszego jak papka pokroju "Beztroskie lata w Ridgemont High".

No i Cusack... no nie umiem nie słodzić, jest przecudowny, właśnie tego od niego oczekuję :D

Bonusem jest epizod z Timem Robbinsem. Bardzo, zresztą, zabawny :)

Poleciłabym "Sure Thing" zdecydowanie fanom gatunku, ale jestem przekonana, że jest też dobrą propozycją na rozpoczęcie swojej przygody z szalonymi latami 80.

43. Boso w Parku (Barefoot in the Park) 1967

reż. Gene Saks

Paul i Corie to świeżo upieczone małżeństwo. Właśnie wprowadzają się do swojego pierwszego mieszkania. To nic, że na 6 piętrze :)


Komedia na podstawie sztuki w latach 60. i to z Redfordem nie mogła nie wyjść. Chociaż nie przepadam na Fondą, to trzeba jej przyznać, że jest piękną kobietą, a to był i jest w kinie ważny czynnik, żeby oglądać ładnych ludzi (nie oszukujmy się). 

Większość akcji dzieje się w mieszkaniu państwa młodych, które, jak na nasze standardy jest dla młodych ludzi całkiem niezłe, ale już wtedy dla Amerykanów mieszkanie w czymś takim było żartem. Na tyle zabawnym by zrobić o tym sztukę a potem film :)

Choć wolę żart poprzedniej dekady (w podobnych przestrzeniach dzieje się np. "Słomiany wdowiec") to lata 60. też chwytają za serce. Przerysowana gra, dynamika i przesadne reakcje bohaterów na uroki codziennego życia są zdecydowanie charakterystyczne dla tego okresu i ten film pod tym względem na pewno nie zawiedzie :)

Filmweb mi podpowiedział, że film można teraz oglądać na kanale Paramount. Polecam! :)

40. Ave Cezar! (Hail, Caesar!) 2016

 reż. Joel & Ethan Coen

Kulisy Hollywood lat 50. i polowanie na czarownice z przymrużeniem oka.


Jeden z dwóch filmów, które dane mi było zobaczyć na Festiwalu w Berlinie. Ogromne przedwojenne kino, pełna sala i bracia Coen w najlepszym wydaniu. 

Sama fabuła jest dosyć ciężka do opisania. Jest to bowiem zlepek scen, w których podglądamy kilka epizodów z życia aktorów i producentów filmowych, czasem silniej, czasem lżej ze sobą związanych. Wszystko kręci się wokół porwania gwiazdora, który jest w trakcie pracy nad tytułowym "Hail, Caesar!".
Jak większość filmów Coenów, jest to więc produkcja o zupełnie niczym i, jak zwykle, ogląda się to znakomicie!

Okraszone dużą dawką humoru, sceny wyśmiewają hollywoodzkie schematy tamtych lat jednocześnie oddając im hołd. 
Plejada gwiazd nie zawiedzie, choć nie polecam sugerować się plakatem (Scarlett pojawia się chyba w dwóch a Jonah Hill w jednej scenie). Channing rozbawi do łez, nie zabraknie też Frances McDormand, a Josh Brolin zrobi to, co wszyscy dawno chcieliśmy (nie zdradzę tajemnicy, przekonajcie się sami i czerpcie z tego przyjemność :D).

Obiło mi się o uszy, że widzowie w polskich kinach po seansach komentowali głośno, że to były dwie godziny niczego. Cóż, może jest to film dla fanów kina. W każdym znaczeniu.

36. Welcome to me 2014

reż. Shira Piven

Alice trafia szóstkę w totka. Pieniądze przeznacza na talk show... o sobie samej.



Ten komediodramat jest esencją swojego gatunku. Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam coś tak szczerze zabawnego i smutnego zarazem.
Znajdziemy tu nie tyle odpowiedź co może bardziej refleksję wokół pytania: Jak definiować szczęście? Czyli co się dzieje gdy osoba z głęboką depresją wygra majątek w telewizyjnej loterii.

Absurd goni absurd ale z minuty na minutę przekonujemy się, że tu chodzi o coś więcej niż urok osobisty Kristen Wiig. 
Choć rozpoczęłam seans z głupawką - bo Kristen sama już jest wspaniałym komikiem - to skończyłam go w bardziej refleksyjnym nastroju.

Warto przyjrzeć się temu dziełu. Niebanalny pomysł, zrealizowany w oryginalny sposób.

34. Para na życie (Away We Go) 2009

reż. Sam Mendes

Burt i Verona to szczęśliwa para. Pewnego dnia postanawiają zmienić coś w swoim życiu i wyruszają w poszukiwanie lepszego dla nich miejsca.




Takich filmów mi trzeba!!! Łaknę ich! Filmów prawdziwych, emocjonalnych ale nie przygnębiających. 
"Away We Go" to film o prawdziwej miłości. I mówiąc "prawdziwej" nie mam na myśli czegoś epickiego jak w "Pamiętniku", ale prawdziwej, takiej jaką widzimy w sobie, w naszych rodzicach czy naszych przyjaciołach.
Właśnie to pokazuje ten film i robi to zgrabnie, w zabawny i wzruszający sposób przedstawiając wspólną drogę dwojga kochających się ludzi.

Bardzo zdziwiło mnie nazwisko reżysera. Mam wrażenie, że Mendes potrafi zrobić dosłownie wszystko. W każdym gatunku. Od "Drogi do zatracenia" przez "American Beauty". I wszystko to zrobi świetnie.
Aż mnie od tego geniuszu boli głowa.

Maya i John sprawdzają się w duecie znakomicie. Ich bohaterowie żyją i potrafią to robić :)

W "Away We Go" nasi bohaterowie po drodze w poszukiwaniu szczęścia spotykają cały szereg osobowości. Na ich drodze stają różni ludzie; różne pary - tak bardzo różne od nich samych. Razem szczęśliwe, ale nie pasujące do nich. Szukają więc dalej. Co znajdą?

Zobaczcie sami.
Koniecznie.


29. Niezwykły dzień panny Pettigrew (Miss Pettigrew Lives for a Day) 2008

reż. Bharat Nalluri

Panna Pettigrew po kolejnym niepowodzeniu szuka pracy w charakterze guwernantki. Trafia do Delysii Lafosse i... nic już nie będzie takie samo.



Takie filmy to ja mogę oglądać! Tutaj należą się same pochwały, bo naprawdę rzadko kiedy nie mam się do czego przyczepić a serio, w tym przypadku nie mam.

Mówiąc kolokwialnie - Frances McDormand rozwala system. Ta kobieta jest po prostu niesamowicie zdolna. Talent komediowy w przypadku brytyjskich aktorów jest prawdopodobnie wrodzony i tutaj widać to czarno na białym. Także Amy Adams pokazała na co ją stać (wreszcie). Choć już nie tak znakomicie jak koleżanka po fachu, ale daje radę (w co przy okazji recenzji "Wielkich oczu" jeszcze nie wierzyłam). Panie razem na ekranie tworzą uroczą i przezabawną mieszankę: pięknej, zagubionej dziewczyny przywołującej na myśl Marilyn Monroe oraz niezbyt urodziwej i biednej starej panny po przejściach. 

Do tego scenariusz na piątkę a wszystko zagrane w konwencji, która przypomina mi raczej sztukę teatralną (choć podstawą była powieść). 

"Niezwykły dzień panny Pettigrew" to czarująca komedia. To kwintesencja tego co w kinie cenię - mieszanka brytyjskiego humoru, wspaniałej obsady (w tym przystojnych mężczyzn ;)), mądrych wniosków i amerykańskiego zmysłu estetycznego. Z czystym sercem polecam i sama pewnie urządzę sobie niejeden rewatch ;)

28. 17 Again 2009

reż. Burr Steers


Mike jest znudzony życiem, nieszczęśliwy w małżeństwie i w pracy. Pewnego dnia budzi się i znów ma 17 lat!


Coś mnie w tym filmie urzekło. Coś, czego nie potrafię nazwać. "17 Again" jest jedną z wielu identycznych historii o zamianie ciał - najczęściej właśnie dwóch różnych pokoleń, ale w odbiorze jakoś ... odstaje. W pozytywnym sensie. Może to jakaś magia, jak ta, która towarzyszy filmom Disneya (bardzo prawdopodobnie), ale od pierwszej minuty czułam się z tym filmem bardzo dobrze. Znacie do uczucie? Gdy seans się zaczyna a wy wiecie, bez względu na to jak obiektywnie dobry lub zły będzie film, że się wam spodoba. Bo "17 Again" patrząc z daleka nie jest niczym specjalnie wybitnym. Takie opowieści z morałem dla współczesnego widza są do przewidzenia co do sekundy od pierwszej klatki filmu. Tym bardziej sztuką jest zrobić coś takiego w taki sposób, żeby widz wyszedł z uśmiechem na ustach, żeby film zapadł mu w pamięć, żeby go polecał. To jest ogromne osiągnięcie! Jako osoba, która co nieco amatorsko robi w filmie wiem, że największym uznaniem by było, gdyby ludzie polecali sobie mój film.

No to odleciałam trochę, już wracam :D

Co jest bardzo złe a jednocześnie wspaniałe to casting. Wspaniałe, bo i Perry i Efron są super *miliard serduszek* i świetnie sprawdzili się obaj w bajeczce tego typu.
Co jest bardzo (bardzo bardzo) złe to to, że w filmie grają oni, jakby nie było, jedną osobę. Nie wiem ile operacji plastycznych, ktoś musiałby przejść, żeby tak się zmienić. I jakie hormony brał, że po LO w ciągu kilkunastu lat urósł pół metra. I zmienił mu się kształt głowy. Etc etc...

Ogólnie jeden z tych filmów familijnych, które faktycznie oglądamy w te sobotnie poranki, a nie, które tylko lecą w tle ;) I z czystym sumieniem komplementuję twórców - polecam.

26. Facet z ogłoszenia (Must Love Dogs) 2005

reż. Gary David Goldberg

Sarah to świeżo rozwiedziona atrakcyjna kobieta. Jej rodzina koniecznie chce jej kogoś znaleźć. Trochę dla świętego spokoju a trochę z ciekawości Sarah zakłada profil na portalu randkowym.


Jaki mam stosunek do komedii romantycznych - sami wiecie, więc mam nadzieję, że już możemy milczeniem pominąć kwestię mojego braku większej krytyki...

No dobra, wiem, wiem jeszcze John Cusack na dokładkę.

Generalnie gołym okiem film dla mnie. I się nie pomyliłam. Bardzo przyjemny film, naprawdę zabawny (już ustaliliśmy, że to ważna składowa). Cusack no oczywiście najcudowniejszy, choć już niemłody - młody jednak na zawsze u mnie na pierwszym miejscu.
Pomysł niezbyt oryginalny, ale realizacja owszem bardzo w porządku. Ucieszyło mnie nie wyciąganie na światło dzienne byłych małżonków naszych bohaterów - a spodziewałam się, że wątek miłosny będzie oparty właśnie na nich. 

Na dokładkę ciekawie budowana relacja bohaterów; to, że dorośli ludzie podchodzą do takich rzeczy raczej sceptycznie a nie rzucają się od razu sobie na szyję. 
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. A jednak.


PS. Mam dużą obsuwę w recenzjach, trochę nie mam weny a jednocześnie chcę nadrobić, bo jestem jakieś 2-3 miesiące w plecy. Dlatego ostatnio tak krótko. Wybaczcie ;)

24. Beztroskie lata w Ridgemont High (Fast Times at Ridgemont High) 1982

reż. Amy Heckerling

Perypetie kilkorga licealistów przeplatają się w szkole i miejscowym centrum handlowym.



Ugh, nawet nie byłam w stanie wymyślić lepszego i dłuższego opisu.
Przyznam szczerze, że nie rozumiem fenomenu tego filmu. Z drugiej strony nie rozumiem także fenomenu współczesnego mi "American Pie", a jednak oba filmy cieszyły się, i cieszą nadal dużą popularnością. W sumie mają nawet sporo wspólnego. Z resztą chyba plakat mówi sam za siebie...

Zdecydowanie "Fast Times..." to jeszcze nie ten klimat co teen films kilka lat później. (Musicie mi wybaczyć tą monotematyczność). Pomijając już zupełny brak pomysłu na scenariusz (aż trudno uwierzyć, że autorstwa Crowe'a!) - zlepek wątków kilku licealistów sprawia wrażenie zupełnie przypadkowego i nieprzemyślanego, jest to film z kiepskim humorem i bez polotu. Reżyseria siadła i widać to w każdej sekundzie. Młody Sean Penn filmu nie ratuje - wręcz przeciwnie; ten wiecznie naćpany surfer jest sztuczny jak twarz Donatelli. I straaaasznie irytuje. Trzy razy nie, panu już dziękujemy. Co więcej, Sean Penn jest jednym z moich filmowych autorytetów - nawet nie tyle ze względu na aktorstwo (choć facet jest świetny mimo, że musiał się wyrobić) ile na jego podejście do sztuki filmowej - a nie pociągnął tego. Ale może o tego typu ulubieńcach kiedy indziej.

W filmie nic się nie dzieje. Nie wiem do końca czy tak miało być; czy to taki "dzień z życia licealisty" czy to po prostu słaba opowieść.

Trochę nie miałam serca do końca uznać tego filmu za ostatni gniot i na filmwebie dałam "ujdzie"... ale może to trochę za wysoko.


22. Wredne dziewczyny (Mean Girls) 2004

reż. Mark Waters

Cady przeprowadza się do Illinois. Dotychczas mieszkała z rodzicami w Afryce i tam uczyła się w domu. Zderzenie ze szkolną rzeczywistością będzie bolesne...



Film ma 11 lat ale bez wyrzutów sumienia i bez odrobiny przesady można go nazwać kultowym (a ja bardzo nie lubię nadużywania tego słowa, więc to już o czymś świadczy). "Mean Girls" to kwintesencja współczesnego teen movie, w którym nie może zabraknąć jednego - wrednej dziewczyny.
Sięgnęłam po niego dopiero kilka tygodni temu i bardzo żałuję, że tak późno! Ale warto było czekać.

Olać Lindsay Lohan; Rachel McAdams steals the show! Może się nawet wydawać, że taki był zamiar; w końcu Rachel gra najwredniejszą w wrednych - Reginę George, która jest bezsprzecznie królową gatunku pod każdym względem. Wystarczy poszperać w internecie (nawet nie trzeba się za bardzo wysilać) by odkryć, że po 11 latach Regina wciąż króluje w świadomości generacji Y i raczej na tym piedestale pozostanie. I jestem przekonana, że to zasługa czegoś więcej niż tylko świetnego scenariusza (all hail goddess Fey!), bo właśnie gry aktorskiej McAdams.
Czasem zastanawiam się, czy rzeczywiście w amerykańskich liceach istnieją takie stereotypowe grupki. Potem myślę o własnym liceum i dochodzę do wniosku, że ktoś kiedyś po prostu bardzo ładnie naszkicował znane nam wszystkim zachowania stadne nastolatków, trochę je podkoloryzował i voila! - wykreował gatunek filmowy.
W tym filmie mamy wszystkie składniki - tytułowe dziewczyny, czyli tzw Plastiki; dziwaków, osoby wiecznie-na-haju, brzydule itd. Cady, która jest po prostu z w y c z a j n a wkracza do stada i musi znaleźć sobie miejsce. Oczywiście zaprzyjaźnia się z dziwakami. Cóż, chyba morał z tego taki, że dziwaki mają najbliżej do przeciętnych ludzi. Coś w tym jest. W każdym razie Cady jest na tyle atrakcyjna by zainteresowała się nią także Regina. Od momentu gdy na ekranie Plastiki tylko otwierają usta zaczyna się płacz... ze śmiechu.

Śmiało można "Mean Girls" polecić nie tylko fanom gatunku. Film ten to przede wszystkim świetna komedia, która na pewno spodoba się także poważniejszym widzom. Trzeba tylko podejść z odrobiną dystansu :)
 Kto jak kto, ale Tina Fey nie napisała by nic nieśmiesznego.

18. Ona będzie miała dziecko (She's having a baby) 1988

reż. John Hughes

Kristen i Jake to młode małżeństwo. Kupują pierwszy dom, wchodzą w życie przedmieścia pełne typowego, plastikowego uśmiechu sąsiadów i rozmów o kosiarkach i zakupach spożywczych. Wkrótce największą przygodą okaże się pragnienie Kirsten posiadania dziecka.


Zakochałam się.
Ale zacznijmy od początku.
Wszystko co wiecie o amerykańskich przedmieściach, a umówmy się, że wszystko wiecie z filmów i seriali, jest tutaj zebrane, zbite w jedno kolorowe podsumowanie a potem wyśmiane w przecudowny, typowy dla Hughesa sposób. Chyba tekst z plakatu już nam podpowiada, że cały film - choć w gruncie rzeczy mówi o poważnych problemach (o tym za chwilę) - jest pół żartem pół serio:
Man.
Woman.
Life.
Death.
Infinity.
Tuna casserole.
One movie dares to tell it all.

("Mężczyzna. Kobieta. Życie. Śmierć. Nieskończoność. Zapiekanka z tuńczyka. Jeden film ośmielił się opowiedzieć o tym wszystkim.")
Nasi bohaterowie w takim cukierkowo-sąsiadowym otoczeniu nie czują się najlepiej, ale, mimo wszystko, nie widać, by chcieli z tego zrezygnować. Obserwujemy co naprawdę o tym myślą; że w sumie nie są tu do końca szczęśliwi, ale nic nie wskazuje na to, by chcieli z tego zrezygnować. Tak jakby takie a nie inne życie było przeznaczone wszystkim amerykańskim małżeństwom klasy średniej, gdzie kobieta jest panią domu a mężczyzna zasuwa w korpo i nic, absolutnie n i c nie można z tym zrobić. 
Jak słowo daję, w życiu nie widziałam filmu, który lepiej podsumowywał by podejście do życia przeciętnego człowieka. Wszyscy tak żyją, to żyjmy tak i my.

Wszystko to opiera się na głównym wątku jakim jest pragnienie dziecka i staranie się o nie. Popłakałam się ze śmiechu ale również (i chyba przede wszystkim) dławiłam się łzami ze wzruszenia. Chciałabym tu napisać bardzo wiele, ale boję się, że wymsknie mi się jakiś spoiler. Powiem tyle - Jake i Kirsten to najprawdziwsze, najwiarygodniejsze małżeństwo jakie kiedykolwiek widziałam na srebrnym ekranie. 
Zakochałam się w tym filmie.

Czapki z głów panie Hughes!

16. Nic nie mów (Say Anything) 1989

reż. Cameron Crowe

Zakończenie liceum i początek wakacji. Lloyd zauroczony najpilniejszą dziewczyną w szkole zdobywa się na odwagę by zaprosić ją na imprezę. Tak zaczyna się piękna znajomość.


Trochę nie wiem co mam napisać. Nie wiedziałam jak się zabrać do tej notki. Od dłuższego czasu mam ogromną słabość do filmów z lat 80., szczególnie do gatunku młodzieżowego i do dramatów-romansów. Te filmy miały w sobie coś niepowtarzalnego, czego nie da się skopiować. "Say anything" może wydawać się błahy, trochę kiczowaty (jak przystało na tamte lata), ale skradł moje serce. No dobra, w dużej mierze to John Cusack.

Przede wszystkim "Say Anything" jest prawdziwy. To co mnie ujmuje w filmach zawsze, ale to zawsze, to autentyczność. Fajnie jest pooglądać wielkie romanse albo absurdalny czarny humor, ale dopiero gdy widzę bohaterów, którzy są prawdziwi - czapki z głów.
Z drugiej strony Lloyd jest jednym z tych odrealnionych mężczyzn w świecie filmu. Jak Johnny z "Dirty Dancing". Ma wady, ale i tak mam wrażenie, że tacy faceci po prostu po świecie nie chodzą. Film ten dał się zapamiętać za kultową scenę z boomboxem i, I swear, słusznie postać Lloyda jest uważana za wielką kreację Johna Cusacka. Zabawne, bo to "tylko" rom-kom dla młodzieży... Można? Można!

W ogóle fabuła choć nie jest niesamowicie zaskakująca nie jest też całkowicie przewidywalna. Podczas seansu trzymam kciuki za związek bohaterów, a to chyba najważniejsze gdy mam do czynienia z filmem, z założenia, romantycznym. Jest też z czego się pośmiać.
I ta muzyka... Dodaje tylu emocji. Kino lat 80. ma jeszcze tą wielką przewagę - że muzyka jest nie do podrobienia i żadna inna nie wkrada się tak do serca. ("In your eyes" jest u mnie od miesiąca nieustannie na ripicie).

Chcę oglądać takich filmów więcej i więcej. Czasem chciałabym się przenieść w ich rzeczywistość. Uczucie podobne do zakochania.

Moja ocena na filmweb: 9/10

15. Sekretne życie Waltera Mitty (The Secret Life of Walter Mitty) 2013

reż. Ben Stiller

Walter Mitty ciągle ucieka w świat wyobraźni. W większości przypadków prowadzi to do kłopotliwych sytuacji, bowiem Walter kompletnie odlatuje na minutę czy dwie. Gdy jego kariera jest zagrożona w związku z zaginioną kliszą Walter wyrusza w nieprawdopodobną podróż.


Co się dzieje w głowie przeciętnego szarego człowieka? Dzieje się tyle byśmy mogli śmiało powiedzieć, że nie ma przeciętnych, szarych ludzi na tym świecie. Walter reprezentuje bezpieczne życie, bez ryzyka, ale jednocześnie pragnienie by ryzykować i by życie nabrało barw. 
W Walterze coś pęka gdy to bezpieczeństwo ma mu zostać odebrane. I gdy decyduje się na naprawdę szalony krok, to jest szalony na maksa. Walter zmienia się diametralnie. Człowiek, który zaryzykował staje się ciekawszy, w ogóle s t a j e s i ę. Nasz bohater otrzymuje charakter, jest kimś. A wszystko co mu się przytrafia każe nam się nieustannie zastanawiać, czy on nadal przypadkiem nie śni na jawie?

Proszę was, jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to oglądając skupcie się na tym. Na przesłaniu o podejmowaniu ryzyka. O osiąganiu niemożliwego. Bo to piękny morał z historii człowieka, który większość życia bezpiecznie przewegetował. Nie skupiajcie się na zaginionej kliszy! Gdy jej los wyjdzie na pierwszy plan i zapomnimy o tym co dzieje się w głowie Waltera, i gdy uznamy to tylko za niegroźny absurd a zbagatelizujemy wyżej wspomniany morał to bardzo się zawiedziemy. Wątek kliszy, choć właściwie trzon całego filmu, bardzo rozczarowuje. Mnie osobiście nawet zdenerwował. Mam w głowie co najmniej pięć sposobów w jakich można było to rozegrać inaczej. Stiller nie skorzystał. I zepsuł budowane tak długo napięcie.

Jakie by było nasze życie bez marzeń? Pewnie bylibyśmy maszynami... Walter Mitty to przejaskrawiony przykład tego co jesteśmy w stanie zrobić gdy tylko zechcemy... i jak to nam wyjdzie na dobre.

Moja ocena na filmweb: 5/10

14. Pitch Perfect 2 2015

reż. Elizabeth Banks

Po tym jak Bellas zdobyły sławę i zaszczyty, do których zaprowadziła je ciężka praca (zobacz część pierwsza) popadły ze skrajności w skrajność. Ich występy to przerost formy nad treścią, który już powoli zaczyna nudzić publiczność. Aż dochodzi do niefortunnego wypadku, który przekreśla udział grupy w dalszych konkursach. Co zrobią Bellas by odzyskać dawną świetność?


Jestem fanką pierwszej części. Pitch Perfect to jeden z tych filmów, który można oglądać nieskończenie wiele razy, którego dialogi po którymś seansie recytuje się razem z bohaterami, a w końcu, którego teksty wchodzą do naszego osobistego codziennego słownika. 
Kocham takie filmy, bo dzięki nim mamy z innymi fanami kina swoje własne inside jokes, po których poznajemy: "jesteś mój człowiek".
Dwójeczka nie dorównuje oryginałowi - jak to bywa w większości przypadków - ale jest godnym sequelem. Nawet bardzo godnym. Poziom absurdu wzrósł o jakieś 150%, choć nie wydawało się to możliwe po seansie pierwszej części. Niestety obawiam się, że jeśli powstanie trójezka to może poziomem żartów zahaczać już o "Straszny film", ale miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie (do poziomu, nie do trójki; kolejny film z serii chętnie zobaczę).
Muzycznie nadal świetny. Aranżacje wpadają w ucho; chcę je "chłonąć" (to jeden z tych momentów w życiu, gdy w kinie aż mnie nosi, trochę jakbym unosiła się parę milimetrów nad fotelem; jakbym chciała wejść w ekran, żeby uczestniczyć w tym co się tam dzieje; jakbym chciała zatrzymać to najwspanialsze uczucie). W przepiękny sposób twórcy wykorzystali olbrzymią popularność "Cup song", która podbiła serca (i uszy. i ręce grające na kubkach).
Wątek nowego dziewczęcia trochę mnie irytował, zbyt cliché.
 Za mało Jessego! Stanowczo sprzeciwiam się takiemu zaniedbywaniu wątku miłosnego, na którym oparty był cały pierwszy film! No dobrze, wiem, że to pewnie celowe, że girl power itp. ale dawno w filmie tego typu nie było takiego faceta. Faceta jak John Cusack w "Say Anything" (notka o filmie wkrótce btw) czy jak Heath Ledger w "10 things I hate about you". Nie było, a oto jest i poświęcono mu tyle co nic. No szkoda...

Fanom spodoba się na bank. Nie-fanom niekoniecznie, ale chyba nie jest aż tak nieznośny :)
.
Moja ocena na filmweb: 7/10