Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 00s. Pokaż wszystkie posty

70. Czarownica (Bewitched) 2005

reż. Nora Ephron

Isabel jest czarownicą, która mimo sceptycyzmu ojca pragnie porzucić czary i żyć jak zwykły śmiertelnik.


Słyszałam o tym filmie wcześniej, ale jakoś nigdy sama z siebie nie wybrałam go na seans. Nie wiem dlaczego. Obsada wyśmienita, temat lekki i przyjemny - czyli taki jak lubię (rom com freak). A jednak dopiero 13 (!) lat po premierze udało mi się film zobaczyć i przekonać się, że jest naprawdę wart uwagi. 

Rozwijając fabułę trochę dalej... Rzeczona Isabel od swojego czarodziejstwa daleko nie ucieka, bo zostaje upolowana do roli w remake'u kultowego sitcomu Bewitched. Nicole jest s t w o r z o n a do tej roli. Zawsze uważałam ją za piękną, ale tu to swoją urodą dosłownie mnie powaliła. Nie można się napatrzeć. No i faktycznie rusza tym noskiem identycznie!

Will jest oczywiście jednym z najlepszych komików i przyznam że i tym razem mnie nie zawiódł. Scena, w której pod wpływem rzuconego uroku staje się miłym człowiekiem to jeden z tych momentów z filmie, w którym nie można przestać się śmiać. Mówcie co chcecie, ale czasem zwykłe wygłupy na ekranie są najlepszą komedią :)

Ogólnie mocne 7/10. Na leniwy wieczór po pracy idealny wybór.

68. Marley i ja (Marley & Me) 2008

reż. David Frankel

Losy rodziny, w której jeden z jej członków jest dosyć nieznośny ;)


Kojarzycie te filmy familijne z pierwszej połowy lat 90., które bawiły ale były prawdziwe i wzruszały do łez? Myślę że Marley i Ja aspiruje do takiego obrazu.
Historia tej dosyć przeciętnej ale sympatycznej rodziny opowiedziana jest w wyjątkowy sposób - widzimy ten fragment ich życia, w którym towarzyszył im pies o imieniu Marley. Bardzo niesforny ale kochany pies. 

Byłam zaskoczona że Aniston potrafi zagrać rolę quasi-dramatyczną. Naprawdę super sobie poradziła. 

Film jest ciepły, kameralny, idealny na weekendowe odprężenie gdy brakuje pomysłu na seans. Ja się poryczałam więc warto mieć obok chusteczki ;)

37. Moja dziewczyna wychodzi za mąż (Made of Honor) 2008

reż. Paul Weiland

Tom jest kobieciarzem. Hannah jest jego najlepszą przyjaciółką i powierniczką. Wszystko się zmienia gdy kobieta wraca ze Szkocji z narzeczonym.


Jeśli macie cień nadziei, że ten film Was czymś zaskoczy to jesteście w błędzie :)
Oczywiście, że nie głuptaski! 

Polski tytuł przyprawia mnie o dreszcze, bo "Mój chłopak się żeni" to film, który wielbię, który oglądam raz na tydzień i w ogóle to otaczam go niepokojącym kultem. Trzymajmy się więc tytułu oryginalnego, bowiem "Made of Honor" nie ma nic wspólnego z "My Best Friend's Wedding". No dobra, w obu jest ślub i zakochany przyjaciel, ale to zupełnie nie to.

Film nie jest zły. Jest po prostu bardzo schematyczny. Nic nas nie zaskoczy, to mogę obiecać, ale jest właśnie tym, czego się spodziewacie patrząc na plakat. Jest więc idealny na babski wieczór, albo chilloutowy seans po ciężkim dniu. Może nawet Was rozbawi momentami. Serio serio.

34. Para na życie (Away We Go) 2009

reż. Sam Mendes

Burt i Verona to szczęśliwa para. Pewnego dnia postanawiają zmienić coś w swoim życiu i wyruszają w poszukiwanie lepszego dla nich miejsca.




Takich filmów mi trzeba!!! Łaknę ich! Filmów prawdziwych, emocjonalnych ale nie przygnębiających. 
"Away We Go" to film o prawdziwej miłości. I mówiąc "prawdziwej" nie mam na myśli czegoś epickiego jak w "Pamiętniku", ale prawdziwej, takiej jaką widzimy w sobie, w naszych rodzicach czy naszych przyjaciołach.
Właśnie to pokazuje ten film i robi to zgrabnie, w zabawny i wzruszający sposób przedstawiając wspólną drogę dwojga kochających się ludzi.

Bardzo zdziwiło mnie nazwisko reżysera. Mam wrażenie, że Mendes potrafi zrobić dosłownie wszystko. W każdym gatunku. Od "Drogi do zatracenia" przez "American Beauty". I wszystko to zrobi świetnie.
Aż mnie od tego geniuszu boli głowa.

Maya i John sprawdzają się w duecie znakomicie. Ich bohaterowie żyją i potrafią to robić :)

W "Away We Go" nasi bohaterowie po drodze w poszukiwaniu szczęścia spotykają cały szereg osobowości. Na ich drodze stają różni ludzie; różne pary - tak bardzo różne od nich samych. Razem szczęśliwe, ale nie pasujące do nich. Szukają więc dalej. Co znajdą?

Zobaczcie sami.
Koniecznie.


29. Niezwykły dzień panny Pettigrew (Miss Pettigrew Lives for a Day) 2008

reż. Bharat Nalluri

Panna Pettigrew po kolejnym niepowodzeniu szuka pracy w charakterze guwernantki. Trafia do Delysii Lafosse i... nic już nie będzie takie samo.



Takie filmy to ja mogę oglądać! Tutaj należą się same pochwały, bo naprawdę rzadko kiedy nie mam się do czego przyczepić a serio, w tym przypadku nie mam.

Mówiąc kolokwialnie - Frances McDormand rozwala system. Ta kobieta jest po prostu niesamowicie zdolna. Talent komediowy w przypadku brytyjskich aktorów jest prawdopodobnie wrodzony i tutaj widać to czarno na białym. Także Amy Adams pokazała na co ją stać (wreszcie). Choć już nie tak znakomicie jak koleżanka po fachu, ale daje radę (w co przy okazji recenzji "Wielkich oczu" jeszcze nie wierzyłam). Panie razem na ekranie tworzą uroczą i przezabawną mieszankę: pięknej, zagubionej dziewczyny przywołującej na myśl Marilyn Monroe oraz niezbyt urodziwej i biednej starej panny po przejściach. 

Do tego scenariusz na piątkę a wszystko zagrane w konwencji, która przypomina mi raczej sztukę teatralną (choć podstawą była powieść). 

"Niezwykły dzień panny Pettigrew" to czarująca komedia. To kwintesencja tego co w kinie cenię - mieszanka brytyjskiego humoru, wspaniałej obsady (w tym przystojnych mężczyzn ;)), mądrych wniosków i amerykańskiego zmysłu estetycznego. Z czystym sercem polecam i sama pewnie urządzę sobie niejeden rewatch ;)

28. 17 Again 2009

reż. Burr Steers


Mike jest znudzony życiem, nieszczęśliwy w małżeństwie i w pracy. Pewnego dnia budzi się i znów ma 17 lat!


Coś mnie w tym filmie urzekło. Coś, czego nie potrafię nazwać. "17 Again" jest jedną z wielu identycznych historii o zamianie ciał - najczęściej właśnie dwóch różnych pokoleń, ale w odbiorze jakoś ... odstaje. W pozytywnym sensie. Może to jakaś magia, jak ta, która towarzyszy filmom Disneya (bardzo prawdopodobnie), ale od pierwszej minuty czułam się z tym filmem bardzo dobrze. Znacie do uczucie? Gdy seans się zaczyna a wy wiecie, bez względu na to jak obiektywnie dobry lub zły będzie film, że się wam spodoba. Bo "17 Again" patrząc z daleka nie jest niczym specjalnie wybitnym. Takie opowieści z morałem dla współczesnego widza są do przewidzenia co do sekundy od pierwszej klatki filmu. Tym bardziej sztuką jest zrobić coś takiego w taki sposób, żeby widz wyszedł z uśmiechem na ustach, żeby film zapadł mu w pamięć, żeby go polecał. To jest ogromne osiągnięcie! Jako osoba, która co nieco amatorsko robi w filmie wiem, że największym uznaniem by było, gdyby ludzie polecali sobie mój film.

No to odleciałam trochę, już wracam :D

Co jest bardzo złe a jednocześnie wspaniałe to casting. Wspaniałe, bo i Perry i Efron są super *miliard serduszek* i świetnie sprawdzili się obaj w bajeczce tego typu.
Co jest bardzo (bardzo bardzo) złe to to, że w filmie grają oni, jakby nie było, jedną osobę. Nie wiem ile operacji plastycznych, ktoś musiałby przejść, żeby tak się zmienić. I jakie hormony brał, że po LO w ciągu kilkunastu lat urósł pół metra. I zmienił mu się kształt głowy. Etc etc...

Ogólnie jeden z tych filmów familijnych, które faktycznie oglądamy w te sobotnie poranki, a nie, które tylko lecą w tle ;) I z czystym sumieniem komplementuję twórców - polecam.

26. Facet z ogłoszenia (Must Love Dogs) 2005

reż. Gary David Goldberg

Sarah to świeżo rozwiedziona atrakcyjna kobieta. Jej rodzina koniecznie chce jej kogoś znaleźć. Trochę dla świętego spokoju a trochę z ciekawości Sarah zakłada profil na portalu randkowym.


Jaki mam stosunek do komedii romantycznych - sami wiecie, więc mam nadzieję, że już możemy milczeniem pominąć kwestię mojego braku większej krytyki...

No dobra, wiem, wiem jeszcze John Cusack na dokładkę.

Generalnie gołym okiem film dla mnie. I się nie pomyliłam. Bardzo przyjemny film, naprawdę zabawny (już ustaliliśmy, że to ważna składowa). Cusack no oczywiście najcudowniejszy, choć już niemłody - młody jednak na zawsze u mnie na pierwszym miejscu.
Pomysł niezbyt oryginalny, ale realizacja owszem bardzo w porządku. Ucieszyło mnie nie wyciąganie na światło dzienne byłych małżonków naszych bohaterów - a spodziewałam się, że wątek miłosny będzie oparty właśnie na nich. 

Na dokładkę ciekawie budowana relacja bohaterów; to, że dorośli ludzie podchodzą do takich rzeczy raczej sceptycznie a nie rzucają się od razu sobie na szyję. 
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. A jednak.


PS. Mam dużą obsuwę w recenzjach, trochę nie mam weny a jednocześnie chcę nadrobić, bo jestem jakieś 2-3 miesiące w plecy. Dlatego ostatnio tak krótko. Wybaczcie ;)

25. Gdzie serce twoje (Where the heart is) 2000

 reż. Matt Williams

Młoda, ciężarna dziewczyna zostaje porzucona przez chłopaka na parkingu przed Walmartem. Nie mając zupełnie nic zaczyna układać sobie życie.



Nie mogę wyjść z podziwu, że można zrobić tak mądry, ciepły film na tak absurdalnym zawiązaniu akcji jak zamieszkiwanie w supermarkecie przez ciężarną dziewczynę z mocnym południowym akcentem.
Natalie Portman bardzo wiarygodnie buduje postać, która przez lata akcji dojrzewa, mądrzeje, nabiera doświadczeń.Wszystko w tym filmie skupia się właśnie na mądrości, którą nabieramy z wiekiem. Z drugiej strony słychać głos - ludzie się nie zmieniają; ale to też poniekąd oznaka zdobytych doświadczeń, które nauczyły nas by nie ufać za bardzo. Jestem przekonana, że o tym właśnie jest ten film.

Piękny, prawdziwy, miejscami przesłodzony, by zaraz potem nam dokopać. Jak to życie.

22. Wredne dziewczyny (Mean Girls) 2004

reż. Mark Waters

Cady przeprowadza się do Illinois. Dotychczas mieszkała z rodzicami w Afryce i tam uczyła się w domu. Zderzenie ze szkolną rzeczywistością będzie bolesne...



Film ma 11 lat ale bez wyrzutów sumienia i bez odrobiny przesady można go nazwać kultowym (a ja bardzo nie lubię nadużywania tego słowa, więc to już o czymś świadczy). "Mean Girls" to kwintesencja współczesnego teen movie, w którym nie może zabraknąć jednego - wrednej dziewczyny.
Sięgnęłam po niego dopiero kilka tygodni temu i bardzo żałuję, że tak późno! Ale warto było czekać.

Olać Lindsay Lohan; Rachel McAdams steals the show! Może się nawet wydawać, że taki był zamiar; w końcu Rachel gra najwredniejszą w wrednych - Reginę George, która jest bezsprzecznie królową gatunku pod każdym względem. Wystarczy poszperać w internecie (nawet nie trzeba się za bardzo wysilać) by odkryć, że po 11 latach Regina wciąż króluje w świadomości generacji Y i raczej na tym piedestale pozostanie. I jestem przekonana, że to zasługa czegoś więcej niż tylko świetnego scenariusza (all hail goddess Fey!), bo właśnie gry aktorskiej McAdams.
Czasem zastanawiam się, czy rzeczywiście w amerykańskich liceach istnieją takie stereotypowe grupki. Potem myślę o własnym liceum i dochodzę do wniosku, że ktoś kiedyś po prostu bardzo ładnie naszkicował znane nam wszystkim zachowania stadne nastolatków, trochę je podkoloryzował i voila! - wykreował gatunek filmowy.
W tym filmie mamy wszystkie składniki - tytułowe dziewczyny, czyli tzw Plastiki; dziwaków, osoby wiecznie-na-haju, brzydule itd. Cady, która jest po prostu z w y c z a j n a wkracza do stada i musi znaleźć sobie miejsce. Oczywiście zaprzyjaźnia się z dziwakami. Cóż, chyba morał z tego taki, że dziwaki mają najbliżej do przeciętnych ludzi. Coś w tym jest. W każdym razie Cady jest na tyle atrakcyjna by zainteresowała się nią także Regina. Od momentu gdy na ekranie Plastiki tylko otwierają usta zaczyna się płacz... ze śmiechu.

Śmiało można "Mean Girls" polecić nie tylko fanom gatunku. Film ten to przede wszystkim świetna komedia, która na pewno spodoba się także poważniejszym widzom. Trzeba tylko podejść z odrobiną dystansu :)
 Kto jak kto, ale Tina Fey nie napisała by nic nieśmiesznego.

20. Miłość na zamówienie (Failure to Launch) 2006

reż. Tom Dey

Tripp to trzydziestopięcioletni kawaler wciąż mieszkający z rodzicami. Ci, chcąc się wreszcie pozbyć syna z domu, wynajmują Paulę, by rozkochując w sobie Trippa przekonała go do wyprowadzki.


Serio, jak widzę "tłumaczenia" tych tytułów to mam ochotę czymś w kogoś rzucić...
Ale do rzeczy.
Gdy oglądam komedie romantyczne wyłącza mi się gdzieś tam w głowie krytyka filmowa i daję się pochłonąć. Może to swojego rodzaju obojętność spowodowana tym jak te filmy są do siebie podobne i przewidywalne. Ale je lubię. Bardzo. Pewnie właśnie dlatego, że przymykając oczy na te wszystkie scenariuszowe kontuzje, które nas w rom kom zalewają, po prostu dobrze się bawię.
"Failure to Launch" jest jedną z tych przeciętniejszych komedii romantycznych. Przede wszystkim nie lubię Parker i nie rozumiem jej fenomenu (ani fenomenu "Seksu w wielkim mieście" skoro już o tej pani mowa). Pomijając jej urodę, bo porównywanie Sarah do konia zrobiło się nudne (o ile w ogóle było kiedyś śmieszne), to po prostu żadna z niej aktorka. Bardziej nadawałaby się do prowadzenia jakiegoś talk show lub telewizji śniadaniowej. 
Tak więc Parker sprawiła, że w ogóle nie kibicowałam naszym bohaterom. Ich związek, lub jego brak, były mi zupełnie obojętne. Bardziej zainteresował mnie wątek Kit i Ace'a. Zooey Deschanel wykreowała trochę inną postać niż zwykle (czytaj: trochę inną postać niż siebie samą :D) i może dlatego zaintrygowała mnie jeszcze bardziej.
Nad Matthew McConaughey nie ma już co się rozwodzić. Parę lat później bowiem rozpędził się, uwolnił od ról amanta w komediach romantycznych i rozwinął skrzydła, a tym samym, swoim wielkim talentem powalił nas na kolana. Wybaczam mu więc te lata grania wszystkiego na jedno kopyto.

Pomysł na scenariusz jakiś był i został nawet fajnie wykorzystany. Może trochę nieświadomie, ale to, że 35-latek mieszkający z rodzicami to takie ciacho, a nie grubas siedzący przed PlayStation, uwiarygodniło ten film. Samotni nieudacznicy bywają przystojni; istnieją piękne kobiety, które są starymi pannami!
Koniec końców pochłonęłam jak każdą rom kom. Przeciętną ale zawsze.

19. Lakier do włosów (Hairspray) 2007

reż. Adam Shankman

Lata 60. XX wieku. Przyjaciółki Tracy i Penny są fankami programu Corny Collins Show, w którym młodzi ludzie mają szansę zaprezentować swoje umiejętności taneczne. Tracy postanawia zgłosić się na casting.


Nie rozumiem czepialstwa wobec tego filmu. Nie widziałam oryginału więc domyślam się tylko, że spora większość krytyki pochodzi od tych co ten oryginał widzieli. 
Wszystko fajnie, ale kaman, to jest nadal całkiem niezły, sympatyczny, zabawny i kolorowy musical.
Zdaję sobie sprawę, że remake'i powstają tylko po to by zbić gruby hajs (bo nie po to, by zrobić coś lepszego; inaczej nie kręcilibyśmy od początku czegoś co już kiedyś nie wyszło, bo skoro wtedy się nie sprzedało to po co ryzykować itd.). "Hairspray" z 2007 jest mimo wszystko wart uwagi, chociażby ze względu na świetną obsadę. 
Walken i Travolta tworzą duet, którego nigdy nie pozbędę się z głowy (nie żebym chciała).
Do Efrona mam słabość i tu znów mnie nie zawiódł (gdy był na niego szał byłam w wieku, w którym obciachem było go kochać, teraz mogę to robić bez żenady! :D). 

Cóż, zostaje mi postanowić sobie sięgnąć po film z lat 80. (w końcu tak je kocham!) i powiedzieć coś więcej gdy to uczynię :) Póki co wersję z 2007 roku polecam jako lekki popołudniowy seans.

5. Przekręt (Snatch.) 2000

reż. Guy Ritchie

"Przekręt" to kilka gangsterskich wątków, które powiązane są ze sobą mniej lub bardziej luźno historią kradzieży cennego diamentu.


Długo, bardzo długo się zastanawiałam czy w ogóle o tym filmie pisać. Czemu? Cóż po pierwsze po prostu mnie nie porwał. Po drugie zdaję sobie sprawę, że porwał wieeeeelu wielbicieli kina i próbowałam, bezskutecznie, zrozumieć dlaczego. Po trzecie bałam się (dobra, nadal się boję), że Ci, których porwał uznają, że co ze mnie za kinomaniak, skoro nie umiem docenić tego dzieła. Ano nie umiem.
Słuchajcie, mam po prostu wielki problem z tym filmem.
Lubię, naprawdę przepadam za dobrym kinem gangsterskim. Nie mam problemu z rozlewem krwi na ekranie, pasuje mi humor komedii kryminalnych. Obsada też tutaj bez zarzutu.
Nie wiem czemu "Przekręt" jest dla mnie po prostu przeciętny.

Na pewno wiem, że każdy ten film powinien zobaczyć i sam ocenić. Filmy uważane za kultowe po prostu trzeba obejrzeć. Bo skoro "Przekręt" przyciąga takie tłumy wielbicieli, to na pewno coś w nim jest! Szkoda, że mi się to coś nie objawiło.