Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

44. Pewna sprawa (Sure Thing) 1985

reż. Rob Reiner

Gib to typowy licealny lowelas, który z bólem odkrywa, że w college'u, który wybrał dziewczyny nie lecą na jego bajer. Gdy na zajęciach z angielskiego spotyka Alison postanawia nie dać za wygraną.


Tak, dobrze widzicie... To John Cusack :D

 Już jakiś czas temu przyznałam, że mam obsesję na punkcie filmów młodzieżowych z tamtych lat. Ten jest zdecydowanie dla trochę starszej młodzieży, szczególnie, że jest w końcu amerykański, a amerykanie najchętniej ocenzurowaliby wszystkie filmy a swoim dzieciom do 16. roku życia puszczali jedynie Małą Syrenkę. W "Sure Thing" pojawiają się nie tylko śmiałe teksty, ale i kilka odkrytych części ciała, które zazwyczaj nosimy zakryte ;)

Film nie jest jednak w tym wszystkim żenujący (szczególnie dla osób uodpornionych na ten gatunek). Ba, pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest nawet mądry. Jak na ten gatunek :P

Bardzo spodobało mi się połączenie filmu drogi z teen flicks. Chyba jeszcze nie widziałam takiej kombinacji, sprawdziła się bardzo ciekawie, film ma przez to odpowiednią dynamikę i szczególnie wyraźny, spójny układ. Dzięki temu ogląda się go lekko. Nie ma nic gorszego jak papka pokroju "Beztroskie lata w Ridgemont High".

No i Cusack... no nie umiem nie słodzić, jest przecudowny, właśnie tego od niego oczekuję :D

Bonusem jest epizod z Timem Robbinsem. Bardzo, zresztą, zabawny :)

Poleciłabym "Sure Thing" zdecydowanie fanom gatunku, ale jestem przekonana, że jest też dobrą propozycją na rozpoczęcie swojej przygody z szalonymi latami 80.

43. Boso w Parku (Barefoot in the Park) 1967

reż. Gene Saks

Paul i Corie to świeżo upieczone małżeństwo. Właśnie wprowadzają się do swojego pierwszego mieszkania. To nic, że na 6 piętrze :)


Komedia na podstawie sztuki w latach 60. i to z Redfordem nie mogła nie wyjść. Chociaż nie przepadam na Fondą, to trzeba jej przyznać, że jest piękną kobietą, a to był i jest w kinie ważny czynnik, żeby oglądać ładnych ludzi (nie oszukujmy się). 

Większość akcji dzieje się w mieszkaniu państwa młodych, które, jak na nasze standardy jest dla młodych ludzi całkiem niezłe, ale już wtedy dla Amerykanów mieszkanie w czymś takim było żartem. Na tyle zabawnym by zrobić o tym sztukę a potem film :)

Choć wolę żart poprzedniej dekady (w podobnych przestrzeniach dzieje się np. "Słomiany wdowiec") to lata 60. też chwytają za serce. Przerysowana gra, dynamika i przesadne reakcje bohaterów na uroki codziennego życia są zdecydowanie charakterystyczne dla tego okresu i ten film pod tym względem na pewno nie zawiedzie :)

Filmweb mi podpowiedział, że film można teraz oglądać na kanale Paramount. Polecam! :)

42. Nienawistna Ósemka (Hateful Eight) 2015

reż. Quentin Tarantino

Osiem (właściwie dziewięć) osób czekających w zajeździe na przejście śnieżycy okazuje się dość nieufną grupą. Bardzo, zresztą, słusznie.


Matko, ale jestem do tyłu z tymi recenzjami. Jak weszłam na filmweb to nie wiedziałam o czym mam napisać!!! Będzie prościej gdy w komentarzu napiszecie jaki gatunek filmowy chcielibyście zobaczyć. Postaram się zrobić następną recenzję polecającą film właśnie z tego gatunku :)

Do rzeczy koledzy i koleżanki.

Q. Oh my Q. Ja nic złego o nim nie powiem, nigdy, nawet gdy się zestarzeje i coś spierniczy, to co zrobił do tej pory jest jego usprawiedliwieniem bezterminowym! 
W końcu od Quentina wszystko się zaczęło. Choć wychowywano mnie w kulturze filmowej, to "Pulp Fiction" skłoniło mnie do poszerzenie kinowych horyzontów. Ah, wzruszam się gdy o tym myślę.

Aaaa, miałam pisać o "Hateful Eight", już piszę :D

Po pierwsze obsada (jak zwykle) bezbłędna.
Największe propsy dla Tima Rotha; chciałabym powiedzieć, że za akcent, ale przecież on go nawet nie musiał grać. No ale w końcu nie co dzień spotyka się Rotha na krakowskim rynku, więc sentyment pozostał i jak na Anglika przystało Tim jest o klasę wyżej ze swoim aktorstwem. Tak z zasady!
Wieeeeelkie ukłony dla Czajnika, który stara się jak może pozbyć metki drewno-mięśniaka, a jak wiadomo u Q wszyscy pozbywają się stereotypów :)
I Kurt Russell przezabawny jak zawsze!

Po drugie western. Dużo bardziej przypadł mi do gustu niż Django, może dlatego, że wolę filmy kameralne, a tu większość akcji dzieje się w jednym pomieszczeniu.
I jest intryga! Wcale nie taka prosta do rozgryzienia, jak na dobre kino przystało.

Jest też DUŻO krwi. What a surprise! Bardziej jak w "Kill Bill" niż jak we "Wściekłych psach" więc dużo lżej mi się oglądało. Ale jeśli komuś robi się słabo przy I shot Marvin in a face! to na pewno nie powinien oglądać "Hateful Eight", bo spędzi cały seans z zasłoniętymi oczami :D

Love Q forever!!!

36. Welcome to me 2014

reż. Shira Piven

Alice trafia szóstkę w totka. Pieniądze przeznacza na talk show... o sobie samej.



Ten komediodramat jest esencją swojego gatunku. Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam coś tak szczerze zabawnego i smutnego zarazem.
Znajdziemy tu nie tyle odpowiedź co może bardziej refleksję wokół pytania: Jak definiować szczęście? Czyli co się dzieje gdy osoba z głęboką depresją wygra majątek w telewizyjnej loterii.

Absurd goni absurd ale z minuty na minutę przekonujemy się, że tu chodzi o coś więcej niż urok osobisty Kristen Wiig. 
Choć rozpoczęłam seans z głupawką - bo Kristen sama już jest wspaniałym komikiem - to skończyłam go w bardziej refleksyjnym nastroju.

Warto przyjrzeć się temu dziełu. Niebanalny pomysł, zrealizowany w oryginalny sposób.

32. Z dala od zgiełku (Far from the Madding Crowd) 2015

reż. Thomas Vinterberg

Bathsheba jest silną, niezależną kobietą. Mieszka i pracuje na malutkim gospodarstwie w sąsiedztwie zakochanego w niej pasterza. Pewnego dnia Bathsheba dziedziczy dużą farmę.


Piękny i przepięknie nakręcony obraz silnej kobiety. Kocham, kocham, k o c h a m takie postacie. Kolejne wcielenia Scarlett O'Hary. Szczególnie te z równie trudnych dla kobiet czasów.
Bathsheba być może nie podejmuje najlepszych wyborów. (Scarlett też nie była ideałem). 
Ale jest inspiracją. Ma tą zawziętość, którą chciałaby mieć każda z nas.

I ma takich mężczyzn.

Nie czytałam pierwowzoru, nie widziałam też ekranizacji z 1967 roku. Natomiast jeden z moich naj- autorytetów filmowych  - moja mama (mimo, że w wielu rzeczach się nie zgadzamy, to dzięki niej pokochałam filmy) potwierdza, że współcześni twórcy byli bardzo wierni oryginałowi. 
Mam wrażenie, że to taka brytyjska cecha (wystarczy spojrzeć na dowolną ekranizację BBC Jane Austen), i jestem im za to bardzo wdzięczna.

Carey idealnie wcieliła się w postać Bathsheby. Nie wygląda już jak mała dziewczynka, mimo swojej delikatnej urody pięknie zaprezentowała dostojność jaka biła od tej kobiety. I to, że mimo swojego chłodu, który wynikał z charakteru nadal była uśmiechniętym i dobrym człowiekiem. TO jest aktorstwo proszę państwa!

Cała historia jest bardzo wzruszająca i - jak to w filmach kostiumowych bywa - zachwycająca wizualnie.
Naprawdę warto.

31. Lepiej umrzeć (Better off dead) 1985

przepraszam Was za długą nieobecność. urwanie głowy. ale filmy się oglądają! prawdę mówiąc jestem meeeeega do tyłu ale postaram się przyspieszyć. nie chciałabym musieć prowadzić tego bloga do końca życia :D w końcu challenge był accepted ;)
to lecimy

reż. Savage Steve Holland

Lane'a rzuca dziewczyna. Chłopak nie może się z tym pogodzić. Tymczasem po sąsiedzku na wymianę z Francji przyjeżdża Monique.





"Better off Dead" to parodia mojego ulubionego gatunku, czyli, jeśli ktoś jeszcze to przegapił lub trafił tu po raz pierwszy - teen movies. Jest to parodia bardzo dobra w związku z czym oglądało mi się ją mega przyjemnie. Wszyscy wiemy, że parodie filmów, których nie znamy nie są w ogóle zabawne (z czego zdają sobie sprawę ich twórcy dlatego głównie parodiują wielkie produkcje, gdyż są dobrze kojarzone). 

Do tego John Cusack - ja już nawet nie będę tego komentować, bo już wszyscy macie dosyć :D

Film jest, krótko i mało profesjonalnie podsumowując, posrany. Jeśli ktoś widział kultowe "Heathers" z Winoną Ryder to jest to film mniej więcej na tym poziomie absurdu, wyłączając element czarnej komedii a zastępując go japońskimi amatorami wyścigów (srsly, wtf :D)

No nie ma tu o czym za bardzo debatować - jeśli nie znacie/nie lubicie teen movies to "Better off Dead" będzie dla Was strasznym przeżyciem.
Dla fanów gatunku - świetną rozrywką.


29. Niezwykły dzień panny Pettigrew (Miss Pettigrew Lives for a Day) 2008

reż. Bharat Nalluri

Panna Pettigrew po kolejnym niepowodzeniu szuka pracy w charakterze guwernantki. Trafia do Delysii Lafosse i... nic już nie będzie takie samo.



Takie filmy to ja mogę oglądać! Tutaj należą się same pochwały, bo naprawdę rzadko kiedy nie mam się do czego przyczepić a serio, w tym przypadku nie mam.

Mówiąc kolokwialnie - Frances McDormand rozwala system. Ta kobieta jest po prostu niesamowicie zdolna. Talent komediowy w przypadku brytyjskich aktorów jest prawdopodobnie wrodzony i tutaj widać to czarno na białym. Także Amy Adams pokazała na co ją stać (wreszcie). Choć już nie tak znakomicie jak koleżanka po fachu, ale daje radę (w co przy okazji recenzji "Wielkich oczu" jeszcze nie wierzyłam). Panie razem na ekranie tworzą uroczą i przezabawną mieszankę: pięknej, zagubionej dziewczyny przywołującej na myśl Marilyn Monroe oraz niezbyt urodziwej i biednej starej panny po przejściach. 

Do tego scenariusz na piątkę a wszystko zagrane w konwencji, która przypomina mi raczej sztukę teatralną (choć podstawą była powieść). 

"Niezwykły dzień panny Pettigrew" to czarująca komedia. To kwintesencja tego co w kinie cenię - mieszanka brytyjskiego humoru, wspaniałej obsady (w tym przystojnych mężczyzn ;)), mądrych wniosków i amerykańskiego zmysłu estetycznego. Z czystym sercem polecam i sama pewnie urządzę sobie niejeden rewatch ;)

21. Somewhere. Między miejscami (Somewhere) 2010

reż. Sofia Coppola

Gwiazdor Johnny Marco mimo sławy, pieniędzy i różnych uciech tego świata nie wygląda na zadowolonego z życia. Coś się zmienia gdy niespodziewanie odwiedza go jego nastoletnia córka.



Sofia Coppola należy do moich ulubionych twórców. Jej filmy są proste a niosą ze sobą wiele emocji. Bardzo prawdziwych. 
Tak samo jest z "Somewhere". Tempo filmu podobne do "Lost in Translation" i choć "Somewhere" mu nie dorównuje jest także, zdecydowanie godny uwagi i ociera się o podobny schemat.
Coppola po raz kolejny przedstawia nam krótki urywek z relacji, tym razem z relacji ojciec-córka. Ale nie jakiś przeciętny ojciec. Gwiazda filmowa. Relacja ta w efekcie nie pozwala nam na porównanie jej do swojego życia (no, komuś pozwala (np. autorce), ale większość z naszych ojców jednak nie pracuje na planie filmowym).
A jednak okazuje się, że mieszkasz w LA czy nie, czy jesteś sławny czy nie, potrzebujesz od miłości tego samego co inni. I ten film tak pięknie to pokazuje. Nie nachalnie.
Lubię filmy Sofii za jej umiejętność do przedstawienia nam bohaterów w taki sposób, że nawet ich złe decyzje, niepoprawne zachowania czy inne cechy, które normalnie nas denerwują u niej nie działają na nerwy. I lubię to leniwe tempo... 

16. Nic nie mów (Say Anything) 1989

reż. Cameron Crowe

Zakończenie liceum i początek wakacji. Lloyd zauroczony najpilniejszą dziewczyną w szkole zdobywa się na odwagę by zaprosić ją na imprezę. Tak zaczyna się piękna znajomość.


Trochę nie wiem co mam napisać. Nie wiedziałam jak się zabrać do tej notki. Od dłuższego czasu mam ogromną słabość do filmów z lat 80., szczególnie do gatunku młodzieżowego i do dramatów-romansów. Te filmy miały w sobie coś niepowtarzalnego, czego nie da się skopiować. "Say anything" może wydawać się błahy, trochę kiczowaty (jak przystało na tamte lata), ale skradł moje serce. No dobra, w dużej mierze to John Cusack.

Przede wszystkim "Say Anything" jest prawdziwy. To co mnie ujmuje w filmach zawsze, ale to zawsze, to autentyczność. Fajnie jest pooglądać wielkie romanse albo absurdalny czarny humor, ale dopiero gdy widzę bohaterów, którzy są prawdziwi - czapki z głów.
Z drugiej strony Lloyd jest jednym z tych odrealnionych mężczyzn w świecie filmu. Jak Johnny z "Dirty Dancing". Ma wady, ale i tak mam wrażenie, że tacy faceci po prostu po świecie nie chodzą. Film ten dał się zapamiętać za kultową scenę z boomboxem i, I swear, słusznie postać Lloyda jest uważana za wielką kreację Johna Cusacka. Zabawne, bo to "tylko" rom-kom dla młodzieży... Można? Można!

W ogóle fabuła choć nie jest niesamowicie zaskakująca nie jest też całkowicie przewidywalna. Podczas seansu trzymam kciuki za związek bohaterów, a to chyba najważniejsze gdy mam do czynienia z filmem, z założenia, romantycznym. Jest też z czego się pośmiać.
I ta muzyka... Dodaje tylu emocji. Kino lat 80. ma jeszcze tą wielką przewagę - że muzyka jest nie do podrobienia i żadna inna nie wkrada się tak do serca. ("In your eyes" jest u mnie od miesiąca nieustannie na ripicie).

Chcę oglądać takich filmów więcej i więcej. Czasem chciałabym się przenieść w ich rzeczywistość. Uczucie podobne do zakochania.

Moja ocena na filmweb: 9/10

13. Wielkie oczy (Big Eyes) 2014

reż. Tim Burton

Margaret pewnego dnia zabiera córkę i ucieka od męża. Kobieta stara się utrzymać ze sprzedaży portretów; jej styl charakteryzują duże oczy postaci. Nie wiedzie jej się jednak najlepiej do czasu gdy poznaje Waltera, który zainteresuje się jej osobą... a przede wszystkim jej talentem.


Nadal nie mogę uwierzyć, że to film Burtona. Jest... nijaki. Poprawny. Niewystarczająco zabawny, nie do końca dramatyczny. Charakterystyczny burtonowski absurd stracił "burtonowskość" i pozostał tylko absurdem. Wydaje się, że Adams i Waltz włożyli w stworzenie postaci minimum wysiłku. Tak świetnie zapowiadający się austriacki aktor chyba jednak ogranicza się do jednej miny. To już któryś z kolei film, który utwierdza mnie w tym rozczarowującym przekonaniu. Amy natomiast po raz kolejny nudzi mnie i nie zaskakuje.
Sama historia ma duży potencjał. Zachęca to, że jest oparta na faktach; oglądam i uświadamiam sobie, że to zaledwie kilkadziesiąt lat temu kobieta nie mogła zaistnieć nawet w takiej, zdawać by się mogło, błahej dziedzinie jak sztuka.

Jako film sam w sobie jest ok. Szału nie ma, nie ma katastrofy. Dla mnie to "takie do obejrzenia z braku czegoś lepszego". 
Ale jako film, który wyszedł od Burtona jestem mocno zawiedziona. Sam sobie postawiłeś taką poprzeczkę, to trzymaj człowieku poziom.

Moja ocena na filmweb: 6/10