Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rom kom. Pokaż wszystkie posty

70. Czarownica (Bewitched) 2005

reż. Nora Ephron

Isabel jest czarownicą, która mimo sceptycyzmu ojca pragnie porzucić czary i żyć jak zwykły śmiertelnik.


Słyszałam o tym filmie wcześniej, ale jakoś nigdy sama z siebie nie wybrałam go na seans. Nie wiem dlaczego. Obsada wyśmienita, temat lekki i przyjemny - czyli taki jak lubię (rom com freak). A jednak dopiero 13 (!) lat po premierze udało mi się film zobaczyć i przekonać się, że jest naprawdę wart uwagi. 

Rozwijając fabułę trochę dalej... Rzeczona Isabel od swojego czarodziejstwa daleko nie ucieka, bo zostaje upolowana do roli w remake'u kultowego sitcomu Bewitched. Nicole jest s t w o r z o n a do tej roli. Zawsze uważałam ją za piękną, ale tu to swoją urodą dosłownie mnie powaliła. Nie można się napatrzeć. No i faktycznie rusza tym noskiem identycznie!

Will jest oczywiście jednym z najlepszych komików i przyznam że i tym razem mnie nie zawiódł. Scena, w której pod wpływem rzuconego uroku staje się miłym człowiekiem to jeden z tych momentów z filmie, w którym nie można przestać się śmiać. Mówcie co chcecie, ale czasem zwykłe wygłupy na ekranie są najlepszą komedią :)

Ogólnie mocne 7/10. Na leniwy wieczór po pracy idealny wybór.

67. I tak cię kocham (The Big Sick) 2017

reż. Michael Showalter

Kumail i Emily nie szukają związku, ale serce nie sługa. Ale czy na pewno ten związek ma jakąś przyszłość?


Ja, niepoprawna wielbicielka komedii romantycznych a jednocześnie wymagający wobec nich widz stwierdzam - lubię to! Krótko mówiąc jest to przede wszystkim komedia, a więc można się uśmiać (bonus dla wielbicieli Indii/kina indyjskiego - będziecie się śmiać podwójnie). 
Zoe pozytywnie mnie zaskoczyła - lubiłam ją wcześniej ale miałam za mało elastyczną aktorkę. Choć film ogólnie rzecz biorąc jest w podobnym nurcie co What if Zoe pokazuje że nie zostanie kolejną aktorką jednej miny. Kudos!

Rezyseria na wielki plus. I bonus w postaci Raya Romano (z brodą jest naprawdę bardzo przystojny, hehe).

Film jest u nas w dystrybucji Gutek Film i to właściwie mówi o nim to co chcecie wiedzieć przy decyzji pójścia do kina. Jeśli szukacie w kinie czegoś naturalnego, niewymuszonego, niestandardowego - polecam. A twórcom życzę więcej takich produkcji.


65. Old Fashioned 2014

reż. Rik Swartzwelder

Amber na trasie swojej podróży bez celu, trafia do miasteczka, w którym postanawia zatrzymać się na dłużej. Clay, od którego dziewczyna wynajmuje mieszkanie, okazuje się miejscowym "dziwakiem".


Trochę za długo zbierałam się do napisania o tym filmie. W każdym razie lepiej późno niż wcale: za uprzejmością KondratMedia mogłam zobaczyć film przedpremierowo. Teraz możecie go obejrzeć w kinach studyjnych.

Sam pomysł był dobry choć obawiałam  się tego co często można spotkać w tego typu filmach: słabego aktorstwa i nieudolnej reżyserii. Koniec końców jestem pozytywnie zaskoczona. Jedyną postacią zagraną bardzo sztywno jest - stety i niestety - główny bohater, grany nomen omen przez samego reżysera. Rozmywa to się jednak, bo sama postać jest trochę sztywna sama w sobie. 
Wspaniała kreacja sidekicka - ciemnoskóry przyjaciel Claya jest postacią barwną i zabawną (przypominał mi trochę Winstona z "New Girl" :D).

Temat jest ciężki do przemycenia w dzisiejszym świecie. Bardzo podobało mi się, że argumentacja nie została oparta tylko na "Jezus Cię kocha" - nieważne ile w tym prawdy, osoby niewierzącej nie przekona do wstrzemięźliwości przedmałżeńskiej. Zamiast tego jesteśmy świadkami jak, tak po prostu, kobieta przekonuje się o słuszności czekania, bo tego doświadcza i widzi że to dobre.

Poza kreacją Claya i cringeworthy zakończeniem (które da się jakoś przełknąć), to bardzo dobrze nakręcony, wciągający i mądry film. Polecam :)



64. Żółte cytrynki (Små citroner gula) 2013

reż. Teresa Fabik

Agnes rozstaje się z chłopakiem i nie może pogodzić się ze stratą. Wkrótce zostaje zaangażowana w powstanie restauracji i wkłada w nią duże pieniądze.


Zrozumiałam, że to nie jest tak, że ja nie lubię skandynawskich filmów. Po prostu nie lubię skandynawskich dramatów! Bo skandynawskie komedie są super! Dodając do tego moje zamiłowanie do rom-komów muszę przyznać, że "Żółte cytrynki" są kompletnie w moim guście.

Poza takim właśnie emocjonalnym przywiązaniem (bo ja się bardzo do filmów przywiązuję), znajdziemy tu wszystkie cliche błahostki jakie przewidzimy. Nawet nie wymienię, bo oglądając sami się wszystkiego domyślicie.

Ale ale. To nie tak że to tylko romansidło. Głównym tłem tej historii jest jedzenie. A wszyscy kochamy jedzenie! Gwarantuję wzrost apetytu przy seansie więc radzę sobie coś przygotować przed włączeniem filmu ;) 
Polecam. Mniam mniam.

Top 6. rom kom cz. 2

Część 1

4. Pretty Woman 1990



Chociaż Pretty Woman nie uważam za komedię, to postanowiłam umieścić ją na tej liście. Ten film zapoczątkował falę kopciuszkowych historii z lat 90. I przede wszystkim z założenia nie miał być komedią w ogóle - Vivian miała zostać sama a cały film przejść do historii jako gorzki dramat. Zakończenie zostało jednak zmienione i Pretty Woman po ponad 25 latach nadal jest uznawany za prekursor gatunku.

5. Zakochana złośnica (10 things I hate about you) 1999




Nie ukrywam znam ten film na pamięć. Myślę, że osobom kobietom z mojego pokolenia nie trzeba tłumaczyć, czemu Zakochana złośnica jest na tej liście. Kto nie widział to w skrócie zachęcam: młody Joseph Gordon Levitt, śpiew Heatha Ledgera, kiczowata moda przełomu tysiąclecia.

6. Francuski pocałunek (French Kiss) 1995



To jest jeden z dobrych przykładów, że film może być komedią z prawdziwego znaczenia i romantyczną historią. Meg Ryan królowała wtedy w filmach tego typu i chętnie wydłużyłabym tą listę o "Kiedy Harry poznał Sally", ale French Kiss jest dla mnie dużo zabawniejszy a Kevin Kline przystojniejszy, stąd mój wybór ;)


Jakie są wasze wybory? A może coś mi polecicie? :)

51. Ich noce (It Happened One Night) 1934

reż. Frank Capra

Córka milionera, Ellie, ucieka by w Nowym Jorku wyjść za mąż. W autobusie spotyka dziennikarza Petera Warne'a, który od początku podróży nie daje jej spokoju.


Myślę, że najlepszą recenzją dla filmu są fakty o nim. Jest to bowiem produkcja wielkich sukcesów. Pierwszy screwball comedy w historii. Pierwszy z trzech filmów, który otrzymał Oscarowego pokera (tzw. Wielki Szlem), czyli Oscary w 5 najważniejszych kategoriach: najlepszy film, reżyseria, scenariusz i aktorzy pierwszoplanowi (potem były to "Lot nad kukułczym gniazdem" i "Milczenie owiec"). Film, który przyniósł rozgłos i potęgę dla studia Columbia Pictures.

Już to powinno być wystarczającym powodem by sięgnąć po "Ich noce". 

Mnie zauroczył Clark Gable (duh) i talent Colbert, której nie widziałam jeszcze w żadnej produkcji. Oprócz typowego dla dekady (i kilku kolejnych...) aktorskiego przerysowania, które mimo wszystko dobrze się ogląda, dostrzegłam u niej coś więcej. 
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem humoru z jakim Capra połączył film z tytułem, ale co do tego już nie mogę więcej zdradzić ;) Zobaczcie sami. Jeśli jakiś film ma kogoś przekonać do przedwojennego kina, to ten!

(Lub "Czy Lucyna to dziewczyna" jeśli ktoś pragnie poszukać czegoś bliższego nam :) Bodo jest teraz modny a film z tego samego roku i w tym samym nurcie)

Top 6. rom kom cz. 1

Komedie romantyczne to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych i przyznaję to bez wstydu! Szkoda że tak wiele ludzi lekceważy ten gatunek, który przecież, o ile dobrze napisany, może zmienić oblicze kina. Poniżej pierwsza część listy moich ulubionych rom kom (kolejność raczej przypadkowa).

1. Mój chłopak się żeni (My best friend's wedding) 1997



Skłamałabym jeśli bym powiedziała że nie jestem w niezdrowym związku z tym filmem... Jest dobry i na smutny wieczór, i na wesoły seans, i na to żeby przy nim zasypiać, i by leciał w tle przy sobotnich porządkach. Julia Roberts jest i zawsze będzie dla mnie królową, nie tylko komedii romantycznych, ale od niej się zaczeło (o tym później). Poza tym że sama historia hits home (ale raczej pozytywnie) to jest coś w tym filmie że mogę oglądać go w nieskończoność!

2. Garsoniera (The Apartment) 1960

 
Poza tym, że nie mam pojęcia jak Billy Wilder ominął cenzurę tak otwarcie mówiąc o seksie pozamałżeńskim (dla niewtajemniczonych: PCA pracowało tak prężnie i z uporem maniaka cięło scenariusze, że trudno to dziś zrozumieć. Na przykład w "Słomianym wdowcu"romans głównego bohatera dzieje się wyłącznie w jego wyobraźni, podczas gdy oryginalna sztuka teatralna opowiadała historię prawdziwej zdrady. Twórcy w ten sposób wykiwali cenzorów, którzy nie tylko wycinali ze scenariuszy sceny dosłowne ale także domysły.), to "The Apartment" jest komedią ciut wyprzedzającą swoją epokę (choć już na progu prawdziwej rewolucji). Lemmon i McLaine to fantastyczny duet a poważny problem jest zapakowany w cudowną komedię. Również mogę oglądać na ripicie!

3. Kocha lubi szanuje (Crazy Stupid Love) 2011
 

 


Kto widział ten wie - ten film to dowód na to, że komedie romantyczne mogą nadal być i romantyczne, i naprawdę śmieszne. Do tego w bonusie Ryan Gosling oraz David Lindhagen. Znaczy się Kevin Bacon :)
I w dodatku również się nie nudzi ;)


47. Dzinnik Bridget Jones 3 (Bidget Jones's Baby) 2016

reż. Sharon Maguire

Dwanaście lat po tym jak Jones i Darcy mieli żyć długo i szczęśliwie okazuje się, że Bridget jest sama i ciężarna, a na dodatek nie wie z kim.


...i jest to przezabawne.

"Bridget Jones's Baby" wbrew moim obawom przyszło z tym samym humorem i na tym samym poziomie (a, moim zdaniem, nawet dużo wyższym niż druga część przygód Bridget). 
Nawet przeżyłam Dempsya oraz botoks Zellweger!

Angielski humor to jedna z moich ulubionych rzeczy na całym świecie a drugą jest Mark Darcy (ten prawdziwy co prawda ale ten też jest niczego sobie), więc wobec najnowszej "Bridget" jestem rozbrojona. Prawdę mówiąc popłakałam się ze śmiechu nie raz.

Seria o Jones jest jedną z najsympatyczniejszych komedii naszych czasów, cóż powiedzieć więcej?

PS. Nie martwcie się, wiemy jak to wszystko się kończy ;)

43. Boso w Parku (Barefoot in the Park) 1967

reż. Gene Saks

Paul i Corie to świeżo upieczone małżeństwo. Właśnie wprowadzają się do swojego pierwszego mieszkania. To nic, że na 6 piętrze :)


Komedia na podstawie sztuki w latach 60. i to z Redfordem nie mogła nie wyjść. Chociaż nie przepadam na Fondą, to trzeba jej przyznać, że jest piękną kobietą, a to był i jest w kinie ważny czynnik, żeby oglądać ładnych ludzi (nie oszukujmy się). 

Większość akcji dzieje się w mieszkaniu państwa młodych, które, jak na nasze standardy jest dla młodych ludzi całkiem niezłe, ale już wtedy dla Amerykanów mieszkanie w czymś takim było żartem. Na tyle zabawnym by zrobić o tym sztukę a potem film :)

Choć wolę żart poprzedniej dekady (w podobnych przestrzeniach dzieje się np. "Słomiany wdowiec") to lata 60. też chwytają za serce. Przerysowana gra, dynamika i przesadne reakcje bohaterów na uroki codziennego życia są zdecydowanie charakterystyczne dla tego okresu i ten film pod tym względem na pewno nie zawiedzie :)

Filmweb mi podpowiedział, że film można teraz oglądać na kanale Paramount. Polecam! :)

37. Moja dziewczyna wychodzi za mąż (Made of Honor) 2008

reż. Paul Weiland

Tom jest kobieciarzem. Hannah jest jego najlepszą przyjaciółką i powierniczką. Wszystko się zmienia gdy kobieta wraca ze Szkocji z narzeczonym.


Jeśli macie cień nadziei, że ten film Was czymś zaskoczy to jesteście w błędzie :)
Oczywiście, że nie głuptaski! 

Polski tytuł przyprawia mnie o dreszcze, bo "Mój chłopak się żeni" to film, który wielbię, który oglądam raz na tydzień i w ogóle to otaczam go niepokojącym kultem. Trzymajmy się więc tytułu oryginalnego, bowiem "Made of Honor" nie ma nic wspólnego z "My Best Friend's Wedding". No dobra, w obu jest ślub i zakochany przyjaciel, ale to zupełnie nie to.

Film nie jest zły. Jest po prostu bardzo schematyczny. Nic nas nie zaskoczy, to mogę obiecać, ale jest właśnie tym, czego się spodziewacie patrząc na plakat. Jest więc idealny na babski wieczór, albo chilloutowy seans po ciężkim dniu. Może nawet Was rozbawi momentami. Serio serio.

26. Facet z ogłoszenia (Must Love Dogs) 2005

reż. Gary David Goldberg

Sarah to świeżo rozwiedziona atrakcyjna kobieta. Jej rodzina koniecznie chce jej kogoś znaleźć. Trochę dla świętego spokoju a trochę z ciekawości Sarah zakłada profil na portalu randkowym.


Jaki mam stosunek do komedii romantycznych - sami wiecie, więc mam nadzieję, że już możemy milczeniem pominąć kwestię mojego braku większej krytyki...

No dobra, wiem, wiem jeszcze John Cusack na dokładkę.

Generalnie gołym okiem film dla mnie. I się nie pomyliłam. Bardzo przyjemny film, naprawdę zabawny (już ustaliliśmy, że to ważna składowa). Cusack no oczywiście najcudowniejszy, choć już niemłody - młody jednak na zawsze u mnie na pierwszym miejscu.
Pomysł niezbyt oryginalny, ale realizacja owszem bardzo w porządku. Ucieszyło mnie nie wyciąganie na światło dzienne byłych małżonków naszych bohaterów - a spodziewałam się, że wątek miłosny będzie oparty właśnie na nich. 

Na dokładkę ciekawie budowana relacja bohaterów; to, że dorośli ludzie podchodzą do takich rzeczy raczej sceptycznie a nie rzucają się od razu sobie na szyję. 
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. A jednak.


PS. Mam dużą obsuwę w recenzjach, trochę nie mam weny a jednocześnie chcę nadrobić, bo jestem jakieś 2-3 miesiące w plecy. Dlatego ostatnio tak krótko. Wybaczcie ;)

20. Miłość na zamówienie (Failure to Launch) 2006

reż. Tom Dey

Tripp to trzydziestopięcioletni kawaler wciąż mieszkający z rodzicami. Ci, chcąc się wreszcie pozbyć syna z domu, wynajmują Paulę, by rozkochując w sobie Trippa przekonała go do wyprowadzki.


Serio, jak widzę "tłumaczenia" tych tytułów to mam ochotę czymś w kogoś rzucić...
Ale do rzeczy.
Gdy oglądam komedie romantyczne wyłącza mi się gdzieś tam w głowie krytyka filmowa i daję się pochłonąć. Może to swojego rodzaju obojętność spowodowana tym jak te filmy są do siebie podobne i przewidywalne. Ale je lubię. Bardzo. Pewnie właśnie dlatego, że przymykając oczy na te wszystkie scenariuszowe kontuzje, które nas w rom kom zalewają, po prostu dobrze się bawię.
"Failure to Launch" jest jedną z tych przeciętniejszych komedii romantycznych. Przede wszystkim nie lubię Parker i nie rozumiem jej fenomenu (ani fenomenu "Seksu w wielkim mieście" skoro już o tej pani mowa). Pomijając jej urodę, bo porównywanie Sarah do konia zrobiło się nudne (o ile w ogóle było kiedyś śmieszne), to po prostu żadna z niej aktorka. Bardziej nadawałaby się do prowadzenia jakiegoś talk show lub telewizji śniadaniowej. 
Tak więc Parker sprawiła, że w ogóle nie kibicowałam naszym bohaterom. Ich związek, lub jego brak, były mi zupełnie obojętne. Bardziej zainteresował mnie wątek Kit i Ace'a. Zooey Deschanel wykreowała trochę inną postać niż zwykle (czytaj: trochę inną postać niż siebie samą :D) i może dlatego zaintrygowała mnie jeszcze bardziej.
Nad Matthew McConaughey nie ma już co się rozwodzić. Parę lat później bowiem rozpędził się, uwolnił od ról amanta w komediach romantycznych i rozwinął skrzydła, a tym samym, swoim wielkim talentem powalił nas na kolana. Wybaczam mu więc te lata grania wszystkiego na jedno kopyto.

Pomysł na scenariusz jakiś był i został nawet fajnie wykorzystany. Może trochę nieświadomie, ale to, że 35-latek mieszkający z rodzicami to takie ciacho, a nie grubas siedzący przed PlayStation, uwiarygodniło ten film. Samotni nieudacznicy bywają przystojni; istnieją piękne kobiety, które są starymi pannami!
Koniec końców pochłonęłam jak każdą rom kom. Przeciętną ale zawsze.

16. Nic nie mów (Say Anything) 1989

reż. Cameron Crowe

Zakończenie liceum i początek wakacji. Lloyd zauroczony najpilniejszą dziewczyną w szkole zdobywa się na odwagę by zaprosić ją na imprezę. Tak zaczyna się piękna znajomość.


Trochę nie wiem co mam napisać. Nie wiedziałam jak się zabrać do tej notki. Od dłuższego czasu mam ogromną słabość do filmów z lat 80., szczególnie do gatunku młodzieżowego i do dramatów-romansów. Te filmy miały w sobie coś niepowtarzalnego, czego nie da się skopiować. "Say anything" może wydawać się błahy, trochę kiczowaty (jak przystało na tamte lata), ale skradł moje serce. No dobra, w dużej mierze to John Cusack.

Przede wszystkim "Say Anything" jest prawdziwy. To co mnie ujmuje w filmach zawsze, ale to zawsze, to autentyczność. Fajnie jest pooglądać wielkie romanse albo absurdalny czarny humor, ale dopiero gdy widzę bohaterów, którzy są prawdziwi - czapki z głów.
Z drugiej strony Lloyd jest jednym z tych odrealnionych mężczyzn w świecie filmu. Jak Johnny z "Dirty Dancing". Ma wady, ale i tak mam wrażenie, że tacy faceci po prostu po świecie nie chodzą. Film ten dał się zapamiętać za kultową scenę z boomboxem i, I swear, słusznie postać Lloyda jest uważana za wielką kreację Johna Cusacka. Zabawne, bo to "tylko" rom-kom dla młodzieży... Można? Można!

W ogóle fabuła choć nie jest niesamowicie zaskakująca nie jest też całkowicie przewidywalna. Podczas seansu trzymam kciuki za związek bohaterów, a to chyba najważniejsze gdy mam do czynienia z filmem, z założenia, romantycznym. Jest też z czego się pośmiać.
I ta muzyka... Dodaje tylu emocji. Kino lat 80. ma jeszcze tą wielką przewagę - że muzyka jest nie do podrobienia i żadna inna nie wkrada się tak do serca. ("In your eyes" jest u mnie od miesiąca nieustannie na ripicie).

Chcę oglądać takich filmów więcej i więcej. Czasem chciałabym się przenieść w ich rzeczywistość. Uczucie podobne do zakochania.

Moja ocena na filmweb: 9/10

2. Słowo na M (What if) 2013

reż. Michael Dowse

Wallace nie ma szczęścia w miłości. Zakończył związek, snuje się po imprezie i widzi Chantry. Od razu coś między nimi zaskakuje, wieczór miła w świetnej atmosferze... Niestety dla Wallace'a nie kończy się tak jak się spodziewał. Nie szkodzi, będzie próbował dalej podczas gdy Chantry odpowie sobie na pytanie czy istnieje przyjaźń damsko-męska.


uwaga! w poniższej recenzji kryje się spora nadinterpretacja i jestem tego w pełni świadoma ale nie mogę się powstrzymać :)

Autorzy tłumaczenia tytułu popełnili, moim zdaniem ogromny błąd. Nie (tylko) dlatego, że to po prostu oklepane, "polskie", przesłodzone wciskanie słowa "miłość" wszędzie gdzie się da. "What if" - "co jeśli". Co by było gdyby? No tak, jasne - co by było gdyby nasi bohaterowie się zeszli. Ale dla mnie w tym haśle kryje się coś więcej.
Już tłumaczę. Otóż mamy tutaj, jak to w komedii romantycznej, wiele schematów. Myślimy - o ,teraz powinno się wydarzyć to i tamto. I faktycznie tak się dzieje, w większości przypadków. Ale twórcy poszli o krok dalej. Co by było gdyby... to się nie kończyło jak zawsze? Co by było gdyby każdy oklepany wątek, każdą przewidywalną scenę komedii romantycznej kończyć ciut inaczej niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni? Może nie było to zamierzone, ale sprawiło, że historia była prawdziwsza.

Daniel Radcliffe nie zaskakuje. Ciężko się chłopakowi uwolnić od Harry'ego w roli takiej jak ta. Bo nasz bohater jest po prostu awkward. I też nie potrafi tańczyć. Zoe Kazan natomiast nie jest najzdolniejszą aktorką jaką znam, ale nic jej zarzucić nie mogę. No i przyjemnie się na nią patrzy :)

"What if" wnosi trochę świeżości na oklepany grunt rom kom. A jestem wielką fanką tego gatunku (takie guilty pleasure) i wiem co mówię. Żywe, prawdziwe dialogi i chemia między bohaterami... Ja naprawdę im kibicowałam! I naprawdę się przy tym ubawiłam. Zaiste do sztuka zrobić komedię romantyczną :)