Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

64. Żółte cytrynki (Små citroner gula) 2013

reż. Teresa Fabik

Agnes rozstaje się z chłopakiem i nie może pogodzić się ze stratą. Wkrótce zostaje zaangażowana w powstanie restauracji i wkłada w nią duże pieniądze.


Zrozumiałam, że to nie jest tak, że ja nie lubię skandynawskich filmów. Po prostu nie lubię skandynawskich dramatów! Bo skandynawskie komedie są super! Dodając do tego moje zamiłowanie do rom-komów muszę przyznać, że "Żółte cytrynki" są kompletnie w moim guście.

Poza takim właśnie emocjonalnym przywiązaniem (bo ja się bardzo do filmów przywiązuję), znajdziemy tu wszystkie cliche błahostki jakie przewidzimy. Nawet nie wymienię, bo oglądając sami się wszystkiego domyślicie.

Ale ale. To nie tak że to tylko romansidło. Głównym tłem tej historii jest jedzenie. A wszyscy kochamy jedzenie! Gwarantuję wzrost apetytu przy seansie więc radzę sobie coś przygotować przed włączeniem filmu ;) 
Polecam. Mniam mniam.

35. Zacznijmy od nowa (Begin Again) 2013

reż. John Carney

Kiedyś słynny, dziś zwolniony producent muzyczny Dan słyszy w nowojorskim pubie początkującą wokalistkę Gretę i pragnie z nią współpracować.


Kolejny film z polecenia; tym razem nie od mojej mamy ale od przyjaciela. Moim zdaniem ludzi można poznać w dużej mierze po tym jakie filmy polecają. I w tym przypadku także tak było :)

Anyway.
Nie trawię Keiry Knightley. Naprawdę nie mogę znieść tej kobiety - ani jej mimiki, wyglądu, gestykulacji, jak i gry aktorskiej szerzej pojętej. Nie pamiętam, żeby podobała mi się w jakimś filmie. I tu nie było inaczej, aczkolwiek:
1. nie przeszkadzała mi aż tak bardzo jak zwykle
2. umie dziewucha śpiewać!

Przechodzimy do ogromnego plusa filmu - jest to film muzyczny. Nie musical; do musicali trzeba mieć specjalne miejsce w sercu, które potrafi je po pierwsze znosić, po drugie doceniać, po trzecie pokochać. Filmy muzyczne są natomiast, z reguły, po prostu życiowe. Bez latających samochodów ani całego Central Parku tańczącego ni stąd ni zowąd jeden układ. To trochę lepsze i głębsze wykorzystanie działania muzyki na to co dzieje się na ekranie; taka rozszerzona ścieżka dźwiękowa, która staje się bohaterem filmu; a że muzyka w naszym życiu na co dzień również jest czymś mega ważnym - filmy muzyczne są jego esencją.

Sam pomysł powiedziałabym szału nie ma, nie jest to scenariusz przełomowy, staniki nie latają itp ;) Ale połączenie tej muzyki ze świetnymi zdjęciami Nowego Jorku już wystarczy. Mi wystarczy :)

15. Sekretne życie Waltera Mitty (The Secret Life of Walter Mitty) 2013

reż. Ben Stiller

Walter Mitty ciągle ucieka w świat wyobraźni. W większości przypadków prowadzi to do kłopotliwych sytuacji, bowiem Walter kompletnie odlatuje na minutę czy dwie. Gdy jego kariera jest zagrożona w związku z zaginioną kliszą Walter wyrusza w nieprawdopodobną podróż.


Co się dzieje w głowie przeciętnego szarego człowieka? Dzieje się tyle byśmy mogli śmiało powiedzieć, że nie ma przeciętnych, szarych ludzi na tym świecie. Walter reprezentuje bezpieczne życie, bez ryzyka, ale jednocześnie pragnienie by ryzykować i by życie nabrało barw. 
W Walterze coś pęka gdy to bezpieczeństwo ma mu zostać odebrane. I gdy decyduje się na naprawdę szalony krok, to jest szalony na maksa. Walter zmienia się diametralnie. Człowiek, który zaryzykował staje się ciekawszy, w ogóle s t a j e s i ę. Nasz bohater otrzymuje charakter, jest kimś. A wszystko co mu się przytrafia każe nam się nieustannie zastanawiać, czy on nadal przypadkiem nie śni na jawie?

Proszę was, jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to oglądając skupcie się na tym. Na przesłaniu o podejmowaniu ryzyka. O osiąganiu niemożliwego. Bo to piękny morał z historii człowieka, który większość życia bezpiecznie przewegetował. Nie skupiajcie się na zaginionej kliszy! Gdy jej los wyjdzie na pierwszy plan i zapomnimy o tym co dzieje się w głowie Waltera, i gdy uznamy to tylko za niegroźny absurd a zbagatelizujemy wyżej wspomniany morał to bardzo się zawiedziemy. Wątek kliszy, choć właściwie trzon całego filmu, bardzo rozczarowuje. Mnie osobiście nawet zdenerwował. Mam w głowie co najmniej pięć sposobów w jakich można było to rozegrać inaczej. Stiller nie skorzystał. I zepsuł budowane tak długo napięcie.

Jakie by było nasze życie bez marzeń? Pewnie bylibyśmy maszynami... Walter Mitty to przejaskrawiony przykład tego co jesteśmy w stanie zrobić gdy tylko zechcemy... i jak to nam wyjdzie na dobre.

Moja ocena na filmweb: 5/10

12. Cudowne tu i teraz (The Spectacular Now) 2013

reż. James Ponsoldt

Sutter jest szkolnym imprezowiczem; niedawno zerwał z dziewczyną. Na ostatniej prostej swojej licealnej kariery zaczyna umawiać się z typową "dziewczyną z sąsiedztwa" - Aimee. Razem kroczą przez ostatni rok liceum wychodząc naprzeciw swoim pierwszym problemom dorosłego życia.



"The Spectacular Now" zdecydowanie różni się od wielu teen films. Nie jest jednoznaczny i zaskakuje na każdym kroku. Sutter jest jednocześnie protagonistą i antagonistą. Lubię go, ale jednocześnie nienawidzę. Jest samolubny, nie widzi miłości i ją ignoruje. Z postacią Aimee jest podobnie. Piękna, sympatyczna, zasługująca na odrobinę uwagi. Uzależniona od Suttera, pobłażliwa i momentami wręcz w tym głupia. Postacie z minuty na minutę są prawdziwsze - bo nie ją jednowymiarowe.

Jest tutaj to, czego w wielu filmach młodzieżowych brakuje. Czyli to, co się naprawdę przeżywa w tym wieku. Dokładnie takie emocje, takie problemy. Ma też inna dynamikę; bardziej refleksyjną, która skupia się na morale do którego dąży cała historia.
Czy aby na pewno docelowi odbiorcy to zauważą? Mam wrażenie, że do odkrycia niektórych z tych rzeczy trzeba dorosnąć. Ci, którzy dziś sięgną po film z powodu młodych, ładnych, modnych aktorów może wrócą do niego za 5 lat. Wtedy odkryją coś więcej i może docenią go bardziej. 
Może zobaczą, że istnieją na świecie ludzie, którzy bardzo chcieli im powiedzieć, że na miłość nie trzeba sobie zasłużyć.

Moja ocena na filmweb: 7/10

10. Dziś jestem blondynką (Heute bin ich blond) 2013

reż. Marc Rothemund

Sophie to młoda, radosna dziewczyna. Gdy dowiaduje się, że ma raka postanawia zrobić wszystko, by mimo choroby żyć pełnią życia i by ludzie nie patrzyli na nią ze współczuciem. Swoją wolność odkrywa ... w perukach.


Chyba muszę częściej sięgać po niemieckie produkcje. "Biegnij Lola, biegnij" jest w końcu w czołówce listy moich ulubionych filmów, a "Dziś jestem blondynką" było dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem.
Film jest bez wątpienia dramatem - niech was nie zmylą niektóre portale filmowe, które w chory sposób kategoryzują ten film pod "komedię". Owszem, jest to produkcja pełna trochę rzewnego ale pozytywnego przesłania, jakiego oczekiwalibyśmy od filmu o młodej chorującej osobie. Komedia to zbyt duże słowo.
"Dziś jestem blondynką" po raz kolejny przybliża nam temat niesprawiedliwości, na którą człowiek nic nie może poradzić. Jak inaczej to pokazać tak wyraźnie, jeśli nie przez historię dwudziestoparolatki z nowotworem?
Nasza bohaterka, oczywiście, dzielnie walczy. Nie tylko z chorobą. Walczy z samą sobą i z reakcją otoczenia na jej wygląd i słabość.
W perukach może być zupełnie inną osobą. Każda kolejna wersja Sophie zmienia nie tylko kolor włosów, ale również imię i charakter. Wszystkie są chore, ale dopiero razem udaje im się utrzymywać Sophie przy życiu. 
Podobnie jak w popularnym "Gwiazd naszych wina" twórcy mówią nam, byśmy traktowali chorych jak ludzi, którymi są, a nie już półżywe istoty, nad którymi trzeba płakać. 

Po raz któryś podano nam oklepany temat młodej śmierci. Można się irytować. Ale można się czegoś nauczyć, albo chociaż przypomnieć sobie po raz kolejny, że można się cieszyć codzienną drobnostką. Niby to mdłe, ale myślę, że potrzebne.

9. Thor: Mroczny Świat (Thor: The Dark World) 2013

reż. Alan Taylor

Starożytna rasa z Malekthitem na czele chce unicestwić świat. Thor musi go uratować... bo to Thor.


Marvel oh ten Marvel...
Przyznaję się bez bicia - musiałam zajrzeć na filmweb żeby sobie przypomnieć o czym był ten film. Przykro mi - Marvel to Marvel. Nie oglądam go dla fabuły. Komiksów nie czytam w ogóle ("to jak się możesz wypowiadać?!?! blablabla"), więc tym bardziej mam prawo nie pamiętać o co chodzi.
Marvel jest na odmóżdżenie.
Chyba najlepszym tego dowodem jest to, że sam siebie nie traktuje poważnie.

Kocham Thora, choć w mojej klasyfikacji superbohaterów nie jest nawet na podium. Trochę zbyt kwadratowy. No i jeśli jesteś bogiem to trochę wygrywasz samym tym, że nie musisz się starać jak zwykli śmiertelnicy (tak tak, Batman i Iron Man zawsze na propsie).
Tak jak mówię, niewiele o samym filmie mogę powiedzieć. Do pierwszego Thora raczej nie dorasta (bo z tamtego coś pamiętam), ale spełnia wszystkie kryteria, jakich wymagam od Marvela. Są efekty, jest humor i jest amerykańsko-superprodukcyjny absurd (bez tego ani rusz).

No i jest Loki. Cud miód orzeszki.



3. Stażyści (The Internship) 2013

reż. Shawn Levy

Billy i Nick to przyjaciele i zawodowi sprzedawcy. Szkoda tylko, że właśnie zbankrutowała firma, dla której pracują. Zostając po czterdziestce bez pracy i wykształcenia, lekko naginając prawdę o sobie zgłaszają się na staż... do Google!


Kto by po tym filmie nie chciał pracować dla Google? Firma marzenie. Product placement na pięć z plusem, tylko nie rozumiem po co, bo kto jak kto ale oni reklamy raczej nie potrzebują ;) 

Komedia faktycznie śmieszna (a o to, jak wiemy jest w dzisiejszych czasach niełatwo). Przewidywalna do bólu (ale to już nikogo nie dziwi). 
Naiwny i mało realny scenariusz (ale to tym bardziej nie jest niespodzianka). 
Postacie najbardziej stereotypowe jak się dało (daremnie czekam na to, by Azjata nie oznaczał automatycznie prymusa).

Te wszystkie cechy urozmaica mnóstwo odniesień do obecnej w naszej codzienności technologii, aplikacji, urządzeń, portali społecznościowych... wszystkich tych rzeczy, które definiują rzeczywistość, która nas otacza. To jak bardzo mogłam odnieść się do swojego życia i to ile rozumiałam (a ile, dla porównania nie rozumieli nasi główni bohaterowie) otworzyło mi oczy na to co tak naprawdę składa się na światopogląd ludzi mojego pokolenia. I nie chodzi wyłącznie o technologie, ale także o kulturę (chociażby zawody w quidditcha). Z drugiej strony byłam dumna, że rozumiem odniesienia do "Flashdance" i przy okazji przypomniałam sobie jak absurdalny jest ten film (spawaczka? serio?...).

Na Owena Wilsona nie mogę patrzeć i to się nie zmieniło.

Nie oczekujcie zbyt wiele - ten film was nie zaskoczy. Ale idealny na tzw. odmóżdżenie.

2. Słowo na M (What if) 2013

reż. Michael Dowse

Wallace nie ma szczęścia w miłości. Zakończył związek, snuje się po imprezie i widzi Chantry. Od razu coś między nimi zaskakuje, wieczór miła w świetnej atmosferze... Niestety dla Wallace'a nie kończy się tak jak się spodziewał. Nie szkodzi, będzie próbował dalej podczas gdy Chantry odpowie sobie na pytanie czy istnieje przyjaźń damsko-męska.


uwaga! w poniższej recenzji kryje się spora nadinterpretacja i jestem tego w pełni świadoma ale nie mogę się powstrzymać :)

Autorzy tłumaczenia tytułu popełnili, moim zdaniem ogromny błąd. Nie (tylko) dlatego, że to po prostu oklepane, "polskie", przesłodzone wciskanie słowa "miłość" wszędzie gdzie się da. "What if" - "co jeśli". Co by było gdyby? No tak, jasne - co by było gdyby nasi bohaterowie się zeszli. Ale dla mnie w tym haśle kryje się coś więcej.
Już tłumaczę. Otóż mamy tutaj, jak to w komedii romantycznej, wiele schematów. Myślimy - o ,teraz powinno się wydarzyć to i tamto. I faktycznie tak się dzieje, w większości przypadków. Ale twórcy poszli o krok dalej. Co by było gdyby... to się nie kończyło jak zawsze? Co by było gdyby każdy oklepany wątek, każdą przewidywalną scenę komedii romantycznej kończyć ciut inaczej niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni? Może nie było to zamierzone, ale sprawiło, że historia była prawdziwsza.

Daniel Radcliffe nie zaskakuje. Ciężko się chłopakowi uwolnić od Harry'ego w roli takiej jak ta. Bo nasz bohater jest po prostu awkward. I też nie potrafi tańczyć. Zoe Kazan natomiast nie jest najzdolniejszą aktorką jaką znam, ale nic jej zarzucić nie mogę. No i przyjemnie się na nią patrzy :)

"What if" wnosi trochę świeżości na oklepany grunt rom kom. A jestem wielką fanką tego gatunku (takie guilty pleasure) i wiem co mówię. Żywe, prawdziwe dialogi i chemia między bohaterami... Ja naprawdę im kibicowałam! I naprawdę się przy tym ubawiłam. Zaiste do sztuka zrobić komedię romantyczną :)