Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 80s. Pokaż wszystkie posty

45. Ryzykowny interes (Risky Business) 1983

reż. Paul Brickman

Joel właśnie kończy liceum i pragnie dostać się na wymarzone studia. Gdy jego rodzice wyjeżdżają na kilka dni, pakuje się jednak w niemałą farsę...




Typowy dla dekady surrealistyczny film młodzieżowy bez cenzury (patrz: Fast Times at Ridgemont High). Czyli parę słów o tym jak spłacić jedną prostytutkę.

Dosłownie. 
Właśnie o tym jest ten film.

Oraz o tym, że:

1. Młodzi mężczyźni kończący szkołę mają niepokojąco dużo pieniędzy z niewiadomych źródeł
2. Gdy kumpel zamawia Ci do domu dla beki transseksualistę bierz co dają, bo potem będzie gorzej
3. Drzwi należy zamykać na klucz a nie zatrzaskiwać
4. Środkowe drzwi w szkole zawsze są zamknięte
5. Ludzie z Princeton to nadal ludzie
6. Sąsiadom na snobistycznych osiedlach nie przeszkadza burdel prowadzony za płotem
7. Tom Cruise nigdy nie potrafił grać

Film tylko dla fanów gatunku...

44. Pewna sprawa (Sure Thing) 1985

reż. Rob Reiner

Gib to typowy licealny lowelas, który z bólem odkrywa, że w college'u, który wybrał dziewczyny nie lecą na jego bajer. Gdy na zajęciach z angielskiego spotyka Alison postanawia nie dać za wygraną.


Tak, dobrze widzicie... To John Cusack :D

 Już jakiś czas temu przyznałam, że mam obsesję na punkcie filmów młodzieżowych z tamtych lat. Ten jest zdecydowanie dla trochę starszej młodzieży, szczególnie, że jest w końcu amerykański, a amerykanie najchętniej ocenzurowaliby wszystkie filmy a swoim dzieciom do 16. roku życia puszczali jedynie Małą Syrenkę. W "Sure Thing" pojawiają się nie tylko śmiałe teksty, ale i kilka odkrytych części ciała, które zazwyczaj nosimy zakryte ;)

Film nie jest jednak w tym wszystkim żenujący (szczególnie dla osób uodpornionych na ten gatunek). Ba, pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest nawet mądry. Jak na ten gatunek :P

Bardzo spodobało mi się połączenie filmu drogi z teen flicks. Chyba jeszcze nie widziałam takiej kombinacji, sprawdziła się bardzo ciekawie, film ma przez to odpowiednią dynamikę i szczególnie wyraźny, spójny układ. Dzięki temu ogląda się go lekko. Nie ma nic gorszego jak papka pokroju "Beztroskie lata w Ridgemont High".

No i Cusack... no nie umiem nie słodzić, jest przecudowny, właśnie tego od niego oczekuję :D

Bonusem jest epizod z Timem Robbinsem. Bardzo, zresztą, zabawny :)

Poleciłabym "Sure Thing" zdecydowanie fanom gatunku, ale jestem przekonana, że jest też dobrą propozycją na rozpoczęcie swojej przygody z szalonymi latami 80.

31. Lepiej umrzeć (Better off dead) 1985

przepraszam Was za długą nieobecność. urwanie głowy. ale filmy się oglądają! prawdę mówiąc jestem meeeeega do tyłu ale postaram się przyspieszyć. nie chciałabym musieć prowadzić tego bloga do końca życia :D w końcu challenge był accepted ;)
to lecimy

reż. Savage Steve Holland

Lane'a rzuca dziewczyna. Chłopak nie może się z tym pogodzić. Tymczasem po sąsiedzku na wymianę z Francji przyjeżdża Monique.





"Better off Dead" to parodia mojego ulubionego gatunku, czyli, jeśli ktoś jeszcze to przegapił lub trafił tu po raz pierwszy - teen movies. Jest to parodia bardzo dobra w związku z czym oglądało mi się ją mega przyjemnie. Wszyscy wiemy, że parodie filmów, których nie znamy nie są w ogóle zabawne (z czego zdają sobie sprawę ich twórcy dlatego głównie parodiują wielkie produkcje, gdyż są dobrze kojarzone). 

Do tego John Cusack - ja już nawet nie będę tego komentować, bo już wszyscy macie dosyć :D

Film jest, krótko i mało profesjonalnie podsumowując, posrany. Jeśli ktoś widział kultowe "Heathers" z Winoną Ryder to jest to film mniej więcej na tym poziomie absurdu, wyłączając element czarnej komedii a zastępując go japońskimi amatorami wyścigów (srsly, wtf :D)

No nie ma tu o czym za bardzo debatować - jeśli nie znacie/nie lubicie teen movies to "Better off Dead" będzie dla Was strasznym przeżyciem.
Dla fanów gatunku - świetną rozrywką.


24. Beztroskie lata w Ridgemont High (Fast Times at Ridgemont High) 1982

reż. Amy Heckerling

Perypetie kilkorga licealistów przeplatają się w szkole i miejscowym centrum handlowym.



Ugh, nawet nie byłam w stanie wymyślić lepszego i dłuższego opisu.
Przyznam szczerze, że nie rozumiem fenomenu tego filmu. Z drugiej strony nie rozumiem także fenomenu współczesnego mi "American Pie", a jednak oba filmy cieszyły się, i cieszą nadal dużą popularnością. W sumie mają nawet sporo wspólnego. Z resztą chyba plakat mówi sam za siebie...

Zdecydowanie "Fast Times..." to jeszcze nie ten klimat co teen films kilka lat później. (Musicie mi wybaczyć tą monotematyczność). Pomijając już zupełny brak pomysłu na scenariusz (aż trudno uwierzyć, że autorstwa Crowe'a!) - zlepek wątków kilku licealistów sprawia wrażenie zupełnie przypadkowego i nieprzemyślanego, jest to film z kiepskim humorem i bez polotu. Reżyseria siadła i widać to w każdej sekundzie. Młody Sean Penn filmu nie ratuje - wręcz przeciwnie; ten wiecznie naćpany surfer jest sztuczny jak twarz Donatelli. I straaaasznie irytuje. Trzy razy nie, panu już dziękujemy. Co więcej, Sean Penn jest jednym z moich filmowych autorytetów - nawet nie tyle ze względu na aktorstwo (choć facet jest świetny mimo, że musiał się wyrobić) ile na jego podejście do sztuki filmowej - a nie pociągnął tego. Ale może o tego typu ulubieńcach kiedy indziej.

W filmie nic się nie dzieje. Nie wiem do końca czy tak miało być; czy to taki "dzień z życia licealisty" czy to po prostu słaba opowieść.

Trochę nie miałam serca do końca uznać tego filmu za ostatni gniot i na filmwebie dałam "ujdzie"... ale może to trochę za wysoko.


18. Ona będzie miała dziecko (She's having a baby) 1988

reż. John Hughes

Kristen i Jake to młode małżeństwo. Kupują pierwszy dom, wchodzą w życie przedmieścia pełne typowego, plastikowego uśmiechu sąsiadów i rozmów o kosiarkach i zakupach spożywczych. Wkrótce największą przygodą okaże się pragnienie Kirsten posiadania dziecka.


Zakochałam się.
Ale zacznijmy od początku.
Wszystko co wiecie o amerykańskich przedmieściach, a umówmy się, że wszystko wiecie z filmów i seriali, jest tutaj zebrane, zbite w jedno kolorowe podsumowanie a potem wyśmiane w przecudowny, typowy dla Hughesa sposób. Chyba tekst z plakatu już nam podpowiada, że cały film - choć w gruncie rzeczy mówi o poważnych problemach (o tym za chwilę) - jest pół żartem pół serio:
Man.
Woman.
Life.
Death.
Infinity.
Tuna casserole.
One movie dares to tell it all.

("Mężczyzna. Kobieta. Życie. Śmierć. Nieskończoność. Zapiekanka z tuńczyka. Jeden film ośmielił się opowiedzieć o tym wszystkim.")
Nasi bohaterowie w takim cukierkowo-sąsiadowym otoczeniu nie czują się najlepiej, ale, mimo wszystko, nie widać, by chcieli z tego zrezygnować. Obserwujemy co naprawdę o tym myślą; że w sumie nie są tu do końca szczęśliwi, ale nic nie wskazuje na to, by chcieli z tego zrezygnować. Tak jakby takie a nie inne życie było przeznaczone wszystkim amerykańskim małżeństwom klasy średniej, gdzie kobieta jest panią domu a mężczyzna zasuwa w korpo i nic, absolutnie n i c nie można z tym zrobić. 
Jak słowo daję, w życiu nie widziałam filmu, który lepiej podsumowywał by podejście do życia przeciętnego człowieka. Wszyscy tak żyją, to żyjmy tak i my.

Wszystko to opiera się na głównym wątku jakim jest pragnienie dziecka i staranie się o nie. Popłakałam się ze śmiechu ale również (i chyba przede wszystkim) dławiłam się łzami ze wzruszenia. Chciałabym tu napisać bardzo wiele, ale boję się, że wymsknie mi się jakiś spoiler. Powiem tyle - Jake i Kirsten to najprawdziwsze, najwiarygodniejsze małżeństwo jakie kiedykolwiek widziałam na srebrnym ekranie. 
Zakochałam się w tym filmie.

Czapki z głów panie Hughes!

17. Ognie św. Elma (St. Elmo's Fire) 1985

reż. Joel Schumacher

Grupa przyjaciół kończy college i wkracza razem w dorosłe, samodzielne życie. Okazuje się ono nie takie wesołe jak się mogło wydawać. Czy problemy codzienności przekreślą lata przyjaźni?

Taka obsada nie mogła nie przejść w 1985 roku bez echa. "St. Elmo's Fire" gromadzi śmietankę aktorską filmów young adult tamtych lat. Można więc się domyślać jakie emocje w swojej targetowej widowni mógł wzbudzać ten film.
Jako prekursor gatunku jest naprawdę wart uwagi. Klimat lat 80., muzyka... To coś o czym już pisałam przy okazji "Say anything" (patrz poprzedni wpis). Tego już dziś nie da się powtórzyć. I choć dziś serce mocniej nam bije przy Emmie Watson rozkładającej ramiona jadąc w tunelu w "Charlie'm" to takie uczucia wzbudzał w ówczesnej widowni właśnie "St. Elmo's Fire".

To teraz pojadę dla odmiany.

Boże, jakie to było dłuuuugie. Litości! Nudy jak sto pięćdziesiąt. Patrząc z perspektywy czasu nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Może trochę przesadzam, i jak już mówiłam wiem, że to prekursor gatunku. Niczym "Love Story", dlatego też starałam się podejść do tego filmu z dystansem, bo tu się szacunek należy. Ale serio, miejscami ocieka kiczem (mieszkanie bohaterki Demi Moore wygląda jak teledysk "Barbie Girl"...), jest do przewidzenia. Nic nie odkrywa.
To jaki ten film jest słaby zdziwiło mnie gdy spojrzałam na nazwisko reżysera... Bardzo lubię filmy Schumachera; te kilka tytułów, które widziałam trzymały w napięciu od początku do końca. Skąd u świetnego twórcy thrillerów pomysł na taką papkę? Nie wiem, ale cieszę się, że poszedł potem w stronę sensacji, bo to mu wychodzi o niebo lepiej.

Koniec końców - czy warto? Warto dla obsady i tego klimatu. Ale trzeba uwielbiać kino tamtych lat, żeby go przetrawić. Mi się udało. A wam?

16. Nic nie mów (Say Anything) 1989

reż. Cameron Crowe

Zakończenie liceum i początek wakacji. Lloyd zauroczony najpilniejszą dziewczyną w szkole zdobywa się na odwagę by zaprosić ją na imprezę. Tak zaczyna się piękna znajomość.


Trochę nie wiem co mam napisać. Nie wiedziałam jak się zabrać do tej notki. Od dłuższego czasu mam ogromną słabość do filmów z lat 80., szczególnie do gatunku młodzieżowego i do dramatów-romansów. Te filmy miały w sobie coś niepowtarzalnego, czego nie da się skopiować. "Say anything" może wydawać się błahy, trochę kiczowaty (jak przystało na tamte lata), ale skradł moje serce. No dobra, w dużej mierze to John Cusack.

Przede wszystkim "Say Anything" jest prawdziwy. To co mnie ujmuje w filmach zawsze, ale to zawsze, to autentyczność. Fajnie jest pooglądać wielkie romanse albo absurdalny czarny humor, ale dopiero gdy widzę bohaterów, którzy są prawdziwi - czapki z głów.
Z drugiej strony Lloyd jest jednym z tych odrealnionych mężczyzn w świecie filmu. Jak Johnny z "Dirty Dancing". Ma wady, ale i tak mam wrażenie, że tacy faceci po prostu po świecie nie chodzą. Film ten dał się zapamiętać za kultową scenę z boomboxem i, I swear, słusznie postać Lloyda jest uważana za wielką kreację Johna Cusacka. Zabawne, bo to "tylko" rom-kom dla młodzieży... Można? Można!

W ogóle fabuła choć nie jest niesamowicie zaskakująca nie jest też całkowicie przewidywalna. Podczas seansu trzymam kciuki za związek bohaterów, a to chyba najważniejsze gdy mam do czynienia z filmem, z założenia, romantycznym. Jest też z czego się pośmiać.
I ta muzyka... Dodaje tylu emocji. Kino lat 80. ma jeszcze tą wielką przewagę - że muzyka jest nie do podrobienia i żadna inna nie wkrada się tak do serca. ("In your eyes" jest u mnie od miesiąca nieustannie na ripicie).

Chcę oglądać takich filmów więcej i więcej. Czasem chciałabym się przenieść w ich rzeczywistość. Uczucie podobne do zakochania.

Moja ocena na filmweb: 9/10