Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

72. Gdybym tylko tu był (Wish I Was Here) 2014

reż. Zach Braff

Aidan jest mężem, ojcem i aktorem. W obliczu odcięcia od ojcowskiego dofinansowania musi zrezygnować z prywatnej szkoły swoich dzieci i decyduje się na edukację domową.


Ok, czy możemy ustalić, że wszyscy, którzy jakimś cudem po Garden State nie byli jeszcze przekonani do Zacha Braffa zmieniają teraz zdanie? Tak? Super.

Wish I Was Here to jeden z tych obrazów "o prawdziwym życiu", jakkolwiek cliche to brzmi, to prawda. Od pierwszej sceny poznajemy typową rodzinę z przedmieścia, z tym że chwila, chwila... oni naprawdę mogliby istnieć. Zachowują się jak normalni ludzie z krwi i kości, rozmawiają ze sobą tak jak my w swoich relacjach na codzień ze sobą rozmawiamy. Urzekło mnie to bardzo. 

Powyższe jest zasługą również samego reżysera, czyli odtwórcy głownej roli oraz jego ekranowej partnerki, Kate Hudson. Stworzyli taką chemię, że aż im pozazdrościłam (bonusowo: Zach bez koszulki).

A dla fanów Scrubs będzie niespodzianka... Ale to musicie zobaczyć sami ;)

68. Marley i ja (Marley & Me) 2008

reż. David Frankel

Losy rodziny, w której jeden z jej członków jest dosyć nieznośny ;)


Kojarzycie te filmy familijne z pierwszej połowy lat 90., które bawiły ale były prawdziwe i wzruszały do łez? Myślę że Marley i Ja aspiruje do takiego obrazu.
Historia tej dosyć przeciętnej ale sympatycznej rodziny opowiedziana jest w wyjątkowy sposób - widzimy ten fragment ich życia, w którym towarzyszył im pies o imieniu Marley. Bardzo niesforny ale kochany pies. 

Byłam zaskoczona że Aniston potrafi zagrać rolę quasi-dramatyczną. Naprawdę super sobie poradziła. 

Film jest ciepły, kameralny, idealny na weekendowe odprężenie gdy brakuje pomysłu na seans. Ja się poryczałam więc warto mieć obok chusteczki ;)

11. Szef (Chef) 2014

reż. Jon Favreau

Szef kuchni dobrej i lubianej restauracji zostaje obsmarowany przez znanego krytyka. Wściekły na całą sytuację, chcąc wysłać smakoszowi nieprzyjemną wiadomość na Twitterze, zupełnie niechcący wysyła publicznego tweeta. Po kilku kolejnych wpadkach odchodzi z restauracji i kupuje food truck by ruszyć w trasę... z meksykańskim jedzeniem.


Ciepła, naprawdę zabawna i sympatyczna komedia z duuuuużą ilością dobrego żarcia w tle. Może sam scenariusz nie opowiada najoryginalniejszej historii; film jest (umiarkowanie) przewidywalny i porusza typowe problemy. Problemy takie jak relacja ojciec - syn, w szczególności gdy ojca nie ma na co dzień. I gdy ojciec ma zajmującą pracę, która jest jednocześnie jego pasją. I jak takie problemy, oczywiście, rozwiązać. Muszę jednak przyznać, że jest to wątek przedstawiony ciekawie i z przyjemnym, sentymentalnym humorem (no, jak na tak powszechnie poruszany w filmach problem ;) ).
Dużym plusem i, chyba przede wszystkim zaskoczeniem jest Sofia Vergara. UWAGA! Ona potrafi grać coś innego niż pieprzniętą, stereotypową wrzeszczącą meksykankę! Szacun, naprawdę bardzo ładna i wiarygodna kreacja troskliwej matki.

Polecam jako kojący seans po długim dniu. Tylko koniecznie pamiętajcie o jedzeniu do seansu, bo nie wytrzymacie bez! ;)

Moja ocena na filmweb: 6/10

8. Bóg nie umarł (God's not dead) 2014

reż. Harold Cronk

Profesor filozofii podczas pierwszych zajęć prosi studentów o nietypową rzecz - by napisali na kartkach słowa "GOD'S DEAD" ("Bóg umarł"), podpisali się i oddali mu kartki. Na tej podstawie obiecuje zaliczyć studentom przedmiot.
Jest jednak ktoś, kto się sprzeciwia i gotów jest udowodnić, że robi to słusznie.


(Jest to tak naiwne, że spoiler alert wydaje się zbędny, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam ;))

Film, w porównaniu do innych filmów chrześcijańskich (a widziałam ich trochę; jestem dumną katoliczką) jest naprawdę wart uwagi. Nie brak tutaj oczywiście przejaskrawień, szczególnie w charakterystyce postaci i niestety rażącej i zupełnie niepotrzebnej patetyczności. Niektóre sceny czy wątki są tak cliché, że bolało mnie to niemalże fizycznie (kujon-azjata? seriously?...). 
Białe jest białe (John, czyli nasz główny bohater trochę się miota, ale chrześcijanin z niego koniec końców na sześć z plusem), jest też białe, które jednak jest czarne (dziewczyna Johna zdecydowanie nie wzięła sobie do serca słów z Apokalipsy św. Jana by nie być letnim) oraz - co jest moim zdaniem najgorszym błędem twórców - czarne, które jest czarne z jakiegoś powodu.
I przy tym na chwilę się zatrzymam. To czego nam brakuje w kinie chrześcijańskim to postać, która byłaby przeciwko Bogu i/lub religii tak po prostu; dlatego, że taki ma światopogląd. I już. Postać, którą spotykamy na codzień, co krok. Zdaję sobie sprawę z wielu zranień jakie wszyscy w sobie nosimy. Nie widzę jednak potrzeby by każdego, tak jak rzeczonego profesora, usprawiedliwiać na ekranie. Jednym z moich ulubionych cytatów dotyczących sztuki filmowej jest "When everything is answered it's fake" - "Gdy wszystko jest wyjaśnione, jest sztuczne" (Sean Penn). Niestety w "God's not dead" ten cytat bardzo się sprawdza. A my, chrześcijanie, potrzebujemy filmu, który nie tylko posłuży nam na własne rekolekcje, ale który będziemy mogli pokazać innym i może nim zewangelizować.

Koniec końców, mimo wszystko, jest to naprawdę jedna z lepszych produkcji tego typu. W tej kwestii, póki co, możemy liczyć wyłącznie na amerykanów (chociaż Ewangelizacyjne Forum Młodych szykuje własną produkcję chrześcijańską z okazji Światowych Dni Młodzieży 2016). Mam nadzieję, że ten film to krok w stronę coraz liczniejszych i mniej sztucznych filmów ewangelizacyjnych.

Jako przyszły tłumacz nie mogę się nie przyczepić do tytułu... Bóg umarł. Ale nie jest martwy. 
To cała filozofia.