Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 90s. Pokaż wszystkie posty

62. Fisher King 1991

reż. Terry Gilliam

Były spiker radiowy zostaje ofiarą huliganów, ale przychodzi mu z pomocą bezdomny wariat. Wkrótce okazuje się, że mają coś wspólnego.



Lata 80. i 90. mają to do siebie, że urodziły wiele przepięknych filmów zagranych przez fenomenalnych aktorów. Fisher King zdecydowanie należy do tego zacnego grona.

Jest bezpośrednio. Prawdziwie do szpiku kości. Tragedia, która jest punktem wyjściowym fabuły trafia dziś w czuły punkt, myślę, że dużo boleśniej niż te 25 lat temu. Nie chcę spoilerować, ale możecie się domyślić. 
Widzimy konsekwencje tej tragedii - psychiczne oraz mniej bezpośrednie, dotyczące osób trzecich. Możemy zatrzymać się i zastanowić czy kiedykolwiek myśleliśmy o mieszkającym na ulicy "marginesie społeczeństwa" jak o ludziach, którymi przecież są, i którzy najpewniej mieli kiedyś rodziny i życie - lepsze, "normalne" - i dach nad głową. I czy myślimy czasem co się wydarzyło, że tego już nie mają...

Z drugiej strony świetnie zagrana znieczulica. Taka najprawdziwsza. Ludzie nie są kompletnie bezduszni, ale tłumią współczucie, bo współczucie jest słabe i nie mają na nie czasu i energii. Ale gdy czasem znajdą w sobie trochę odwagi mogą zmienić czyjeś życie.

I wreszcie - siła słów. Każde nasze słowo może mieć ogromny wpływ na czyjeś życie. Fisher King daje widzowi tym faktem po łbie. Myślę, że Gilliam był świadomy tego, że tworzy film, który jest silny jak niektóre słowa.

53. Frankie i Johnny (Frankie and Johnny) 1991

reż. Garry Marshall

Frankie jest kelnerką w greckiej knajpie w Nowym Jorku. Johnny właśnie wyszedł z więzienia i dostał pracę jako kucharz w tejże knajpie.


 Niby nic specjalnego. Kameralny film, garstka bohaterów i tylko ta dwójka - Frankie i Johnny - to postacie rozbudowane. Aż chciało by się zaśpiewać "a gdy się zejdą raz i drugi, kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością...". Tak, Frankie and Johnny ma to coś. 
Od razu rzuciło mi się w oczy, że Marshall chce nam opowiedzieć historię, która jest czymś więcej. Frankie więc mieszka w szokująco realistycznym jak na filmowe możliwości mieszkanku. Ich miejsce pracy tworzą prości ludzie ze swoimi wadami i dziwactwami, a szef (btw grany przez Hectora Elizondo, którego znamy lepiej jako manadżera hotelu z Pretty Woman - tak, tego anioła) nie jest krwiopijcą. Tak, wszystko inaczej niż się spodziewałam po takiej, jak mi się zdawało, historyjce.

Marshall zbudował relację między dwojgiem ludzi, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni na ekranie. Ale po dłuższym namyśle są oni nam dużo bliżsi niż niejedna lubiana hollywoodzka para. Nie spodziewajcie się łez, dramatów i rozpaczliwych rozstań. Koniec końców pozostaje pytanie: "chcesz szczoteczkę do zębów?".

Top 6. rom kom cz. 2

Część 1

4. Pretty Woman 1990



Chociaż Pretty Woman nie uważam za komedię, to postanowiłam umieścić ją na tej liście. Ten film zapoczątkował falę kopciuszkowych historii z lat 90. I przede wszystkim z założenia nie miał być komedią w ogóle - Vivian miała zostać sama a cały film przejść do historii jako gorzki dramat. Zakończenie zostało jednak zmienione i Pretty Woman po ponad 25 latach nadal jest uznawany za prekursor gatunku.

5. Zakochana złośnica (10 things I hate about you) 1999




Nie ukrywam znam ten film na pamięć. Myślę, że osobom kobietom z mojego pokolenia nie trzeba tłumaczyć, czemu Zakochana złośnica jest na tej liście. Kto nie widział to w skrócie zachęcam: młody Joseph Gordon Levitt, śpiew Heatha Ledgera, kiczowata moda przełomu tysiąclecia.

6. Francuski pocałunek (French Kiss) 1995



To jest jeden z dobrych przykładów, że film może być komedią z prawdziwego znaczenia i romantyczną historią. Meg Ryan królowała wtedy w filmach tego typu i chętnie wydłużyłabym tą listę o "Kiedy Harry poznał Sally", ale French Kiss jest dla mnie dużo zabawniejszy a Kevin Kline przystojniejszy, stąd mój wybór ;)


Jakie są wasze wybory? A może coś mi polecicie? :)

Top 6. rom kom cz. 1

Komedie romantyczne to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych i przyznaję to bez wstydu! Szkoda że tak wiele ludzi lekceważy ten gatunek, który przecież, o ile dobrze napisany, może zmienić oblicze kina. Poniżej pierwsza część listy moich ulubionych rom kom (kolejność raczej przypadkowa).

1. Mój chłopak się żeni (My best friend's wedding) 1997



Skłamałabym jeśli bym powiedziała że nie jestem w niezdrowym związku z tym filmem... Jest dobry i na smutny wieczór, i na wesoły seans, i na to żeby przy nim zasypiać, i by leciał w tle przy sobotnich porządkach. Julia Roberts jest i zawsze będzie dla mnie królową, nie tylko komedii romantycznych, ale od niej się zaczeło (o tym później). Poza tym że sama historia hits home (ale raczej pozytywnie) to jest coś w tym filmie że mogę oglądać go w nieskończoność!

2. Garsoniera (The Apartment) 1960

 
Poza tym, że nie mam pojęcia jak Billy Wilder ominął cenzurę tak otwarcie mówiąc o seksie pozamałżeńskim (dla niewtajemniczonych: PCA pracowało tak prężnie i z uporem maniaka cięło scenariusze, że trudno to dziś zrozumieć. Na przykład w "Słomianym wdowcu"romans głównego bohatera dzieje się wyłącznie w jego wyobraźni, podczas gdy oryginalna sztuka teatralna opowiadała historię prawdziwej zdrady. Twórcy w ten sposób wykiwali cenzorów, którzy nie tylko wycinali ze scenariuszy sceny dosłowne ale także domysły.), to "The Apartment" jest komedią ciut wyprzedzającą swoją epokę (choć już na progu prawdziwej rewolucji). Lemmon i McLaine to fantastyczny duet a poważny problem jest zapakowany w cudowną komedię. Również mogę oglądać na ripicie!

3. Kocha lubi szanuje (Crazy Stupid Love) 2011
 

 


Kto widział ten wie - ten film to dowód na to, że komedie romantyczne mogą nadal być i romantyczne, i naprawdę śmieszne. Do tego w bonusie Ryan Gosling oraz David Lindhagen. Znaczy się Kevin Bacon :)
I w dodatku również się nie nudzi ;)