Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scarlett johansson. Pokaż wszystkie posty

69. Ghost in the Shell 2017

reż. Rupert Sanders

Pracujący w policji robot o ludzkim umyśle ściga niebezpecznego hakera.


Kiedyś, przy okazji jakiegoś Marvela, pisałam że się znam na komiksach jak na uprawie buraka; w tym przypadku to nawet nie mogę znaleźć dobrego porównania, więc po prostu ostrzegam - nie mam zielonego pojęcia o mandze, oceniam tylko film.

A film jest nietypowy dla tego bloga, rzadko można tu zobaczyć sci-fi. Ale ja naprawdę takie filmy lubię, tylko właśnie się na nich nie znam :D 

Scarlett zagrała bardzo ciekawie, jest tutaj trochę mowy o jej urodzie, ale nie o figurze. Zazwyczaj czytam potem w internecie jaka z niej seksbomba, i choć daleko mi do bycia nadwrażliwą na tym punkcie, to była to miła odmiana. Scarlett dobrą aktorką jest!

Wracając do mniej przyziemnych spraw bardzo podoba mi się sam temat i problematyka wartości ludzkiego życia - a raczej duszy i/lub umysłu.

Klimatem obraz przypomina mi literaturę cyberpunkową. Jest mrocznie, jest trochę creepy i przeraża uświadomienie sobie faktu, że tak naprawdę może wyglądać nasza przyszłość.

40. Ave Cezar! (Hail, Caesar!) 2016

 reż. Joel & Ethan Coen

Kulisy Hollywood lat 50. i polowanie na czarownice z przymrużeniem oka.


Jeden z dwóch filmów, które dane mi było zobaczyć na Festiwalu w Berlinie. Ogromne przedwojenne kino, pełna sala i bracia Coen w najlepszym wydaniu. 

Sama fabuła jest dosyć ciężka do opisania. Jest to bowiem zlepek scen, w których podglądamy kilka epizodów z życia aktorów i producentów filmowych, czasem silniej, czasem lżej ze sobą związanych. Wszystko kręci się wokół porwania gwiazdora, który jest w trakcie pracy nad tytułowym "Hail, Caesar!".
Jak większość filmów Coenów, jest to więc produkcja o zupełnie niczym i, jak zwykle, ogląda się to znakomicie!

Okraszone dużą dawką humoru, sceny wyśmiewają hollywoodzkie schematy tamtych lat jednocześnie oddając im hołd. 
Plejada gwiazd nie zawiedzie, choć nie polecam sugerować się plakatem (Scarlett pojawia się chyba w dwóch a Jonah Hill w jednej scenie). Channing rozbawi do łez, nie zabraknie też Frances McDormand, a Josh Brolin zrobi to, co wszyscy dawno chcieliśmy (nie zdradzę tajemnicy, przekonajcie się sami i czerpcie z tego przyjemność :D).

Obiło mi się o uszy, że widzowie w polskich kinach po seansach komentowali głośno, że to były dwie godziny niczego. Cóż, może jest to film dla fanów kina. W każdym znaczeniu.