Pokazywanie postów oznaczonych etykietą channing tatum. Pokaż wszystkie posty

42. Nienawistna Ósemka (Hateful Eight) 2015

reż. Quentin Tarantino

Osiem (właściwie dziewięć) osób czekających w zajeździe na przejście śnieżycy okazuje się dość nieufną grupą. Bardzo, zresztą, słusznie.


Matko, ale jestem do tyłu z tymi recenzjami. Jak weszłam na filmweb to nie wiedziałam o czym mam napisać!!! Będzie prościej gdy w komentarzu napiszecie jaki gatunek filmowy chcielibyście zobaczyć. Postaram się zrobić następną recenzję polecającą film właśnie z tego gatunku :)

Do rzeczy koledzy i koleżanki.

Q. Oh my Q. Ja nic złego o nim nie powiem, nigdy, nawet gdy się zestarzeje i coś spierniczy, to co zrobił do tej pory jest jego usprawiedliwieniem bezterminowym! 
W końcu od Quentina wszystko się zaczęło. Choć wychowywano mnie w kulturze filmowej, to "Pulp Fiction" skłoniło mnie do poszerzenie kinowych horyzontów. Ah, wzruszam się gdy o tym myślę.

Aaaa, miałam pisać o "Hateful Eight", już piszę :D

Po pierwsze obsada (jak zwykle) bezbłędna.
Największe propsy dla Tima Rotha; chciałabym powiedzieć, że za akcent, ale przecież on go nawet nie musiał grać. No ale w końcu nie co dzień spotyka się Rotha na krakowskim rynku, więc sentyment pozostał i jak na Anglika przystało Tim jest o klasę wyżej ze swoim aktorstwem. Tak z zasady!
Wieeeeelkie ukłony dla Czajnika, który stara się jak może pozbyć metki drewno-mięśniaka, a jak wiadomo u Q wszyscy pozbywają się stereotypów :)
I Kurt Russell przezabawny jak zawsze!

Po drugie western. Dużo bardziej przypadł mi do gustu niż Django, może dlatego, że wolę filmy kameralne, a tu większość akcji dzieje się w jednym pomieszczeniu.
I jest intryga! Wcale nie taka prosta do rozgryzienia, jak na dobre kino przystało.

Jest też DUŻO krwi. What a surprise! Bardziej jak w "Kill Bill" niż jak we "Wściekłych psach" więc dużo lżej mi się oglądało. Ale jeśli komuś robi się słabo przy I shot Marvin in a face! to na pewno nie powinien oglądać "Hateful Eight", bo spędzi cały seans z zasłoniętymi oczami :D

Love Q forever!!!

40. Ave Cezar! (Hail, Caesar!) 2016

 reż. Joel & Ethan Coen

Kulisy Hollywood lat 50. i polowanie na czarownice z przymrużeniem oka.


Jeden z dwóch filmów, które dane mi było zobaczyć na Festiwalu w Berlinie. Ogromne przedwojenne kino, pełna sala i bracia Coen w najlepszym wydaniu. 

Sama fabuła jest dosyć ciężka do opisania. Jest to bowiem zlepek scen, w których podglądamy kilka epizodów z życia aktorów i producentów filmowych, czasem silniej, czasem lżej ze sobą związanych. Wszystko kręci się wokół porwania gwiazdora, który jest w trakcie pracy nad tytułowym "Hail, Caesar!".
Jak większość filmów Coenów, jest to więc produkcja o zupełnie niczym i, jak zwykle, ogląda się to znakomicie!

Okraszone dużą dawką humoru, sceny wyśmiewają hollywoodzkie schematy tamtych lat jednocześnie oddając im hołd. 
Plejada gwiazd nie zawiedzie, choć nie polecam sugerować się plakatem (Scarlett pojawia się chyba w dwóch a Jonah Hill w jednej scenie). Channing rozbawi do łez, nie zabraknie też Frances McDormand, a Josh Brolin zrobi to, co wszyscy dawno chcieliśmy (nie zdradzę tajemnicy, przekonajcie się sami i czerpcie z tego przyjemność :D).

Obiło mi się o uszy, że widzowie w polskich kinach po seansach komentowali głośno, że to były dwie godziny niczego. Cóż, może jest to film dla fanów kina. W każdym znaczeniu.